• Zaneta Branch

-Poczekajcie chwilę na mnie, muszę założyć skarpetki i buty za kostkę. - powiedziała do nas moja mama, wychodząc z samochodu, przed sekundą zaparkowanego na skraju lasu deszczowego. Głęboki wydech i kropelki potu na czole zdradzały, że przestawia się właśnie z komfortu chłodnej klimatyzacji na tropikalne, duszne i gęste od wilgoci powietrze.



-Daj spokój z butami, to tylko krótki spacerek. - odpowiedziałam, będąc już piętnaście metrów dalej, czytając informacje na temat szlaku na tablicy informacyjnej. Zatrzymuję na chwilę wzrok na zdjęciu z lotu ptaka, na którym tropikalne lasy deszczowe łączą się z białymi piaszczystymi plażami, wyjątkową nadmorską scenerią i widocznymi rafami koralowymi pod powierzchnią wody. Strome szczyty górskie spotykają się z wąwozami z rwącymi rzekami i spektakularnymi wodospadami. Nie mogłam wyobrazić sobie bardziej egzotycznej kombinacji.

-Ela, chodź. Spoko. - wyczuwając sytuację, zasugerował ograniczonym, acz wielce praktycznym polskim, mój - wówczas jeszcze nie mąż - Australijczyk.

-Sama nie wiem. Może jednak zostanę w samochodzie. Jakiś tu podejrzany klimat: żadnych samochodów na parkingu, zero turystów. Czy ta trasa na pewno jest bezpieczna? - dopytywała mama, zamykając za sobą drzwi samochodu, wiedząc, że i tak nie zgodzę się, aby ominęła ją jedna z atrakcji dnia. Nie widziałyśmy się ponad rok. Teraz chcę pokazać jej jak najwięcej tego wyjątkowego kraju, czując presję nadrobienia utraconego czasu.

-Mam tylko nadzieję, że nie spotkamy żadnego węża. - skrzyżowała palce mama, której węże od zawsze były największą fobią.

Las deszczowy Daintree jest częścią największego obszaru tropikalnego lasu deszczowego na kontynencie australijskim i szacowany jest na 180 milionów lat. Jest również częścią lasu deszczowego Wet Tropics of Queensland, który obejmuje cały region Cairns i jest najstarszym tropikalnym lasem deszczowym na świecie. Las zawiera 30% wszystkich australijskich gatunków żab, gadów i torbaczy oraz 90% australijskich gatunków nietoperzy i motyli i 7% gatunków ptaków. W lesie deszczowym występuje również ponad 12 000 gatunków owadów. Cała ta wspaniała, bujna różnorodność zawarta jest na obszarze, który zajmuje zaledwie 0,12% powierzchni lądowej Australii. Tymczasem znajdując się w jego środku, nie sposób nie ugiąć się pod ciężarem lawiny pokory i wdzięczności wobec jego ogromu.

Wszyscy troje wchodzimy na szlak w japonkach, bez plecaków, ot tak, niesieni wakacyjnym urlopowym luzem. Niespotykana dziewiczość przyrody zachwycała od pierwszych postawionych na ścieżce kroków. Ogromne motyle trzepotały jaskrawo niebieskimi skrzydłami tuż przed naszymi oczami. Patrząc w górę, drzewa zdawały się być nieskończenie wysokie, rozciągając swoje gałęzie wszerz i plącząc się z sąsiednimi pniami. Liczne gatunki palm współżyły z drzewami iglastymi, stanowiąc jeden, idealnie współgrający system. Jaskrawa zieleń paproci przeplatała się z ciemnozielonym mchem i ze wszystkimi odcieniami brązów.

Weszliśmy w głąb lasu. Mama postanowiła iść pierwsza, tam czuła się najbezpieczniej. Ja szłam tuż za nią, a tyłów pilnował absolutnie niczego niebojący się Aussie. Nagle mama stanęła jak zamurowana, a ja gapiąc się w kołyszące się wysoko nad głowami konary drzew, prawie na nią weszłam. „Zobacz.” - wyszeptała prawie nie ruszając ustami, wytrzeszczając oczy do granic możliwości w kierunku lewej strony ścieżki. Na drzewach nieopodal wylegiwał się ogromny, lśniący pyton. Był tak długi, że jego ciało rozłożone było na dwóch rosnących obok siebie drzewach. Staliśmy przez chwilę w absolutnej ciszy, wpatrzeni, niemal zahipnotyzowani. Regularne wzory i odcienie zieleni i brązów, zdobiące węża, zlewały się z otaczającym lasem. Spotkanie tak wyjątkowego okazu wspominamy do dzisiaj. Pomimo trudnego do opanowania strachu nie sposób nie docenić tak pięknego widoku lśniącej w słońcu oliwkowozielonej skóry, z jasnymi plamami i krzyżującymi się prążkami.

Dla rdzennych mieszkańców Australii, węże symbolizują siłę, twórczość i ciągłość. Kilka tygodni temu Aborygeni, zamieszkujący północną część stanu Queensland, doszli to historycznego porozumienia z rządem stanowym. Aborygeni z Eastern Kuku Yalanji formalnie przejęli na własność 160,213 hektarów kraju rozciągającego się od Mossman do Cooktown, w tym wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Parku Narodowego Daintree. Tym samym, najstarszy na świecie tropikalny las deszczowy dołączy do innych australijskich miejsc, oddanych w ręce rdzennych mieszkańców, takich jak Uluru i Kakadu.

Kultura ludu Eastern Kuku Yalanji jest jedną z najstarszych żyjących kultur na świecie, a wspomniana umowa uznaje ich prawo do posiadania własnej ziemi i zarządzania nią, do ochrony swojej kultury i dzielenia się nią z odwiedzającymi. Przejęcie ziemi przez tradycyjnych jej właścicieli pomoże chronić ważne miejsca kultury Aborygenów i różnorodne ekosystemy, jak również rozwijać możliwości edukacji kulturowej i zatrudnienia wśród lokalnych mieszkańców.

Natura jest niezwykle ważną częścią kultury Kuku Yalanji. Mają oni głęboką wiedzę, która przekazywała była z pokolenia na pokolenie. Często nazywani są „ludźmi lasów deszczowych” ze względu na ich bliskie pokrewieństwo z naturą i otaczającym ich krajobrazem.

Kolejnym razem odwiedziłam tropikalne lasy Daintree podczas odwiedzin mojego brata z Polski. Ponieważ brat słyszał o naszym bliskim spotkaniu z pytonem kilka lat wcześniej, również i on zapragnął dzikiej australijskiej przygody. Przeszliśmy wiele kilometrów szlakami lasów deszczowych i choć widzieliśmy niezliczone kazuary, pająki i jaszczurki, po wężach nie było śladu. Ostatniego dnia pobytu w rejonie lasów deszczowych, spakowaliśmy plecaki do samochodu i ruszyliśmy w kierunku następnego przystanku na trasie. Poruszając się krętą drogą wzdłuż wściekle zielonego lasu nagle zobaczyliśmy kilkanaście metrów przed nami coś wpełzającego na drogę. Brat zaczął hamować, a ja wyostrzając wzrok starałam się zdecydować czy to wielka gałąź czy może jednak.. To był jednak on - kilkumetrowy, potężny pyton przemieszczający się z jednej strony lasu na drugą. W pewnym momencie jego ciało rozciągało się na całą szerokość jezdni. Jego ruchy zdawały się być zwinne i powolne jednocześnie, niespieszne i opanowane. Opuszczając rozgrzaną, chropowatą powierzchnię jezdni, natychmiast zniknął w wysokich, limonkowo-zielonych trawach. Jedynie ich wierzchołki kołysały się delikatnie na wietrze, zdradzając obrany przez przybysza kierunek drogi.

Wiadomość o przejęciu terenów lasów deszczowych przez rdzennych mieszkańców jest niezwykle budująca i pozytywna. Aborygeni z Eastern Kuku Yalanji żyją w harmonii z tutejszym środowiskiem od ponad 50 000 lat. Któż lepiej zna i zaopiekuje się lokalną florą i fauną? Obyśmy coraz częściej słyszeli tak dobre wiadomości. Zdaje się, że zaszliśmy w naszym rozwoju, kolonizacji i zdobyczach tak daleko, że czas pewne kwestie nie tylko weryfikować, ale również zmieniać.

Dodatkowa lektura:


https://www.theguardian.com/australia-news/2021/sep/29/indigenous-traditional-owners-win-back-daintree-rainforest-in-historic-deal


https://www.google.com.au/amp/s/amp.abc.net.au/article/100498982

87 wyświetleń0 komentarzy

Khadim Ali mieszka w Sydney, jednocześnie prowadząc studio artystyczne w Kabulu, gdzie zatrudnia znajomych Hazarów przy tworzeniu gobelinów i innych rękodzieł. Rzemiosła nauczył się już jako mały chłopiec od swojego dziadka, malującego tradycyjne afgańskie malowidła, podczas czytania klasyki lokalnej literatury. Poczucie bezradności, złości i smutku, spowodowane aktualnymi wydarzeniami w Afganistanie, jak również na granicy polsko-białoruskiej, skierowały mnie w kierunku sztuki Azji Południowej. Zainteresowali mnie głównie tamtejsi artyści, związani w jakiś sposób z Australią. Tak właśnie trafiłam na twórczość Khadima Alego.


Pokaźnych rozmiarów mural, przedstawiający postacie, przypominające demony, stworzony dla Muzeum Sztuki Współczesnej w Sydney, wyjątkowo przykuł moją uwagę. W 2017 roku dzieło to zdobiło wejście do galerii wzdłuż schodów od strony Circular Quay. Malowidło ścienne nosi nazwę „The arrival of demons”, czyli „Przybycie demonów”. Mural wykonany został za pomocą farb i szlagmetalu, czyli złotych płatów. Szlagmetal nie należy do najłatwiejszych narzędzi. Ta technika złocenia wymaga przede wszystkim wiedzy i precyzji, jest również bardzo czasochłonna. Wykonanie całego muralu zajęło Alemu i jego asystentom kilka tygodni.



Urodzony w Pakistanie w 1978 roku Khadim Ali jest również członkiem społeczności Hazara, ponieważ jego rodzice urodzili się w Afganistanie. Od 2009 roku artysta mieszka w Australii. Jako świetny artysta zdołał uzyskać specjalną wizę dla utalentowanych artystów międzynarodowych, która umożliwiła mu zamieszkanie w Sydney. W 2015 roku, Ali uzyskał australijskie obywatelstwo i paszport.

W połowie lat 90. Quetta, miasto w Pakistanie nieopodal granicy z Afganistanem, w którym mieszkał Ali, stało się głównym punktem rekrutacyjnym dla talibów. Ali był jednym z wielu nastolatków, którzy uciekli z miasta przed talibami, przekraczając granicę z Iranem. W Teheranie przyjęła go grupa uchodźców Hazarów, żyjących w bardzo ubogich warunkach, którzy pracowali jako robotnicy budowlani. Początkowo Ali również pracował jako robotnik. Wkrótce poznał lokalnego nauczyciela sztuki, któremu pokazał swoje rysunki. Nauczyciel ten był również propagandowym muralistą, który zajmował się malowaniem wizerunków najwyższych przywódców Iranu. Ali zaczął więc malować wraz ze swoim nowym mentorem. W trakcie malowania jednego z murali, Ali został zatrzymany przez policję i deportowany z powrotem do Quetta. Po powrocie do Pakistanu, Ali zamienił malarstwo ścienne na perską tradycję malarstwa miniaturowego – z którym po raz pierwszy zetknął się w ilustrowanych wersjach "Shahnameh", klasycznym perskim utworze z X wieku. Wkrótce zdobył stypendium na studiowanie tej formy sztuki w National College of Arts w Lahore w 1998 roku. W ten sposób rozpoczęła się jego formalna edukacja, która trwała jeszcze wiele lat i objęła kilka różnych technik i stylów artystycznych.



Postacie przypominające demony są popularnym motywem w twórczości Alego. Stanowią one interpretację bohatera o imieniu Rostam, pochodzącego ze wspomnianego powyżej utworu „Shahnama. The book of kings” („Shahnama. Księga królów”). Demony te mogą ucieleśniać zarówno dobro, jak i zło. Miejsce muralu nie było przypadkowe. Zdawało się być wręcz symboliczne. Demony siedziały i czekały prawie przy brzegu zatoki, do której zaledwie 200 lat temu przypłynęły pierwsze statki z Anglikami. Mural pokrywał wielką ścianę o wymiarach 15 na 7 metrów. Lokalizacja demonów pomiędzy wejściem do muzeum, a pierwszym piętrem mogła sugerować przestrzeń pośrednią, niejako pomiędzy dwoma światami. Górę demonów rozpalała ognista czerwień, a dół koiła organiczna zieleń. Dynamiki dodawały muralowi złote płomienie. Opadające z góry, kołyszące się złote liście eukaliptusa, niewątpliwie nawiązują do przyrody australijskiej. Ich inspirację artysta zaczerpnął ze stron australijskiego paszportu, którego otrzymanie znacząco wpłynęło na jego życie. Demony to uchodźcy, czekający w bezczasie i międzyprzestrzeni.


„Moje demony to historia mojego historycznego ja i ludzi, którzy są wysiedleni i bez schronienia na świecie.” - wyznał artysta.


W 2011 roku Khadim Ali mieszkał i pracował w Sydney, gdy dowiedział się, że w pobliżu domu jego rodziców w Quetta w Pakistanie wybuchła bomba. Rodzice Alego zostali ciężko ranni w wybuchu, ale wyzdrowieli i wkrótce przenieśli się do Australii. Niestety dom i cały rodzinny dobytek zostały zniszczone, w tym również ręcznie pisane książki, które jego pradziadek zabrał do Quetta po tym, jak przeżył masakrę Hazarów w ich ojczyźnie Bamiyan w Afganistanie. Hazarowie przez dziesięciolecia padali bowiem ofiarą ludobójczych przedsięwzięć i wysiedleń.



Większość prac artysty prowadzi dialog z historią, polityką, literaturą, poezją i mitologią, eksplorując współczesne wydarzenia, takie jak wojna domowa w Afganistanie oraz osobiste doświadczenia prześladowań, wysiedleń i dyskryminacji. Dzieła Alego reprezentują traumatyczną historię i trwały stan psychicznej i fizycznej melancholii Hazarów. Refleksja nad doświadczeniem utraty tożsamości zdaje się być kluczowa. Kolaż tradycyjnych technik, nowoczesnych ujęć, znakomicie dobranych kolorów i motywów, sprawiają, że jego twórczość z łatwością wpisuje się w repertuar współczesnej sztuki australijskiej, bogatej w kultury i tradycje z całego świata. Dziś nie tylko kobiety i dzieci znajdują się w niewiarygodnie trudnej sytuacji w Afganistanie, ale również artyści, ich twórczość i całe dziedzictwo kulturowe. W niebezpieczeństwie znalazła się nie tylko literatura, ale również filmy, muzyka, antyki, pomniki, muzea… Kiedy Talibowie doszli do władzy w 1996 roku, ludzie zakopywali wszystkie książki, które posiadali w ogrodach. Dziś, w 2021 roku, Afgańczycy ponownie zakopują książki pod ziemią.



Photos credit: Museum of Contemporary Art, mca.com.au




187 wyświetleń0 komentarzy
  • Zaneta Branch

Zastanawiam się przez dłuższą chwilę, czy wytrzymam. Powracają natrętne wspomnienia ponad godzinnego rezonansu magnetycznego głowy, zakończonego niespodziewanym atakiem paniki. Zdecydowanie nie przepadam za ciasnymi przestrzeniami. Obiecałam jednak córce zwiedzanie łodzi podwodnej już dawno, a właśnie wyszłyśmy z imprezy urodzinowej na Darling Harbour, gdzie zacumowany jest Onslow. Na pierwszy rzut oka onieśmiela swoją potężną konstrukcją, którą otacza aura tajemniczości. W ciągu trzydziestu lat służenia Australii, Onslow uczestniczył w 16 tajnych wyprawach na całym świecie. Dziś należy do imponującej floty sydnejskiego Muzeum Morskiego.





Przeciskamy się przez wąski właz, po czym schodzimy po wysokiej drabinie do pomieszczenia z torpedami. Choć Onslow może zmieścić aż jedenaście torped, ze względu na ogromne koszty, wszechmocna broń używana była przez okręt bardzo oszczędnie.


-Mamo, jak marynarze mogli tu pracować? Przecież tu wcale nie ma miejsca. - zauważa rezolutna pięciolatka, budząc mój uśpiony jeszcze przed chwilą strach przed ciasnymi przestrzeniami. Oddycham powoli i głęboko, skupiając całą swoją uwagę na pełnym pasji głosie wolontariusza, opowiadającego o codziennych rozterkach życia na łodzi. Marynarze musieli sobie jakoś radzić, często wykazując się nie lada kreatywnością. Do wyrzucania śmieci służył im wyrzutnik gazowy, który wyrzucał worki z nieczystościami, obciążając je najpierw dodatkowymi kilogramami. Dzięki temu, po wyrzuceniu, torby opadały na dno oceanu i żadne zanieczyszczenia nie unosiły się na wodzie, nie zdradzając pozycji łodzi podwodnej.





Członkowie załogi dobierani byli ostrożnie. Musieli posiadać określone cechy charakteru, jak również konkretne uwarunkowania fizyczne i psychologiczne. Nie za niscy, nie za wysocy, ale przede wszystkim spokojni i opanowani. Okazywało się bowiem, że często największym wrogiem nie była inna łódź podwodna, a inny członek załogi. Bójki wybuchały ponoć pod pretekstem byle drobnostki, a awantury na ekstremalnie ograniczonej przestrzeni mogły doprowadzić do niemałych kłopotów. Choć często bójki zaczynały się od kłótni o jedzenie, to wciąż opłacało się pracować jako kucharz. Wszyscy bowiem członkowie załogi mogli brać prysznic jedynie raz w tygodniu, natomiast kucharz posiadał ten przywilej na codzień.


Przechodzimy obok sypialni, a raczej niewielkiej przestrzeni z niewiarygodnie ciasno umieszczonymi cieniutkimi legowiskami piętrowymi. Namiastkę prywatności dawały niewielkie, sztywne zasłony, zapinane na guzik. Ogrom przycisków, żarówek, pokręteł, przewodów i światełek zdaje się być nieskończony. Uważam, gdzie staję, jednocześnie starając się omijać głową najeżone metalem ściany. Na tablicy przy kuchni widnieje napisane kredą ostatnie zaserwowane na okręcie menu: steki z sosem grzybowym, kiełbasa, kurczak, sałatka i ziemniaki pieczone.





Onslow używany był głównie jako platforma do tajnych misji i do zbierania informacji wywiadowczych. Mottem okrętu podwodnego było: „Siła, cisza, niespodzianka”. Dzięki swojej możliwości „znikania” z pola widzenia, Onslow mógł dostać się do obszarów niedostępnych w żaden inny sposób. Był wówczas w stanie słuchać transmisji radiowych i robić zdjęcia innych statków. Onslow wyróżnia także izolacja akustyczna całego sprzętu, dzięki czemu jest jednym z najcichszych okrętów podwodnych, jakie kiedykolwiek zbudowano.


Przeciskając się wąskimi przejściami zaskakuje mnie świetny stan wnętrza okrętu. Onslow został wycofany z eksploatacji w 1999 roku i wówczas stał się częścią floty należącej do Muzeum Morskiego. Pod opieką muzeum przechodzi regularne inspekcje i usprawnienia, dzięki czemu nadal pozostaje bliski stanu operacyjnemu. Idąc dalej, wyobrażam sobie, jak trudno było przemieszczać się po okręcie załodze, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy musieli to robić pod presją czasu. „Przyklejali” się zapewne do ścian, wciągając brzuchy, przepuszczając się nawzajem na korytarzach.





Onslow posiada komorę nurkową, przeznaczoną dla Sił Specjalnych do opuszczenia łodzi na tajne operacje. Nie zdała by się jednak do uratowania załogi w razie utonięcia, spowodowanego wypadkami, takimi jak pożary, powodzie czy awarie zasilania. Okazuje się bowiem, że aby załoga mogła uciec lub zostać uratowana z zanurzonej łodzi podwodnej, statek musi leżeć nienaruszony na dnie morskim z rozbitkami w co najmniej jednym wodoszczelnym przedziale. Jeśli łódź podwodna zatonie bezpowrotnie, bardzo rzadko zdarzają się ocaleni. Ponad 90% dna morskiego jest zbyt głębokie, żeby można było się z takiej sytuacji uratować w czasach świetności Onslow.


Australia posiada obecnie sześć okrętów podwodnych klasy Collins. Zaprojektowane w latach osiemdziesiątych, nadają się już niestety na wymianę. Przeciskamy się przez wąski właz, przez który wpadają ciepłe zimowe promienie słoneczne, a ja, choć w maseczce, biorę głęboki oddech. Warto było pokonać strach, żeby zrozumieć, jak niewiarygodnie trudną pracę wykonują załogi okrętów podwodnych i poczuć smak tajnych podwodnych misji.




130 wyświetleń0 komentarzy