• Zaneta Branch

Typowy dzień na Bondi


Początek lutego to czas, kiedy temperatura wody przy plaży jest przyjemnie ciepła, podczas gdy temperatura powietrza jest bardziej znośna niż w grudniu i styczniu. Był 1938 rok. Tak, jak w każdą letnią niedzielę, na plażę Bondi ściągały tłumy z całego miasta. Po niedawno świętowanej sto pięćdziesiątej rocznicy Australii podczas radosnej parady pod nazwą „Australia’s March to Nationhood”, nastrój w społeczeństwie wciąż pozostawał świąteczny. Ratownicy wolontariusze w żółto-czerwonych barwach w pełnej gotowości zajmowali swoje stanowiska na wieży obserwacyjnej i w kluczowych miejscach na terenie plaży, wypatrując zmieniających się nieustannie nurtów odpływowych. Po ustaleniu bezpiecznej przestrzeni do pływania, ratownicy rutynowo rozstawili flagi, wyznaczające sugerowany odcinek do kąpieli. Czerwono-żółte flagi powiewały wysoko nad horyzontalnie wypoczywającymi plażowiczami. Każde wolne miejsce na plaży zapełniało się błyskawicznie i w porze „branch”, czyli posiłku pomiędzy „br-eakfast” i „lu-nch”, liczba plażowiczów osiągała około trzydziestu pięciu tysięcy. W każdą niedzielę na Bondi zjeżdżali się również surferzy, biorący udział w cotygodniowych zawodach. Spotykali się na pagórkach przy południowym wejściu na plażę i gęsiego zbiegali z deskami na piasek, rozgrzewając się przed wypłynięciem na głęboką wodę. Siadali nad brzegiem i z wielkim oddaniem przygotowywali swoje deski, przed rozpoczęciem energicznego wiosłowania na przekór wzburzonym falom. Na skałach wzdłuż południowego wybrzeża siedziały piękne dziewczyny surferów o śniadych cerach i długich włosach, rozciągnięte na ręcznikach w grube pastelowe paski.

Orzeźwiający chłód wody przyciągał rozgrzane ciała niczym magnes. Nagle na horyzoncie pojawiła się ogromna fala, która uderzyła w setki kąpiących się - szybko i zupełnie bez ostrzeżenia. Podczas gdy co niektórzy wciąż starali się złapać oddech, niepostrzeżenie nadeszła kolejna wielka fala, a moment za nią następna. W przeciągu zaledwie chwili, wejście do oceanu przybrało ogromne ilości wody, która nie miała szansy się cofnąć wciąż popychana przez kolejne fale. Kiedy nastała przerwa przed uderzeniem kolejnej fali, niewiarygodnie silny prąd odpływowy zaczął wciągać wodę, piasek i pływaków w kierunku głębokiej wody. Był to rodzaj prądu, z którego nie wypłynąłby najsilniejszy pływak. Siła nurtu podnosiła wraz z wodą warstwę piasku, tworząc szaleńczo intensywne, mętne prądy. Ludzie znikali z pola widzenia, wciągani przez nurt, utykali na głębokiej wodzie, samotnie walcząc o przetrwanie.



Największa akcja ratunkowa na plaży w historii Australii

Na plaży wybuchła panika. Ratownicy natychmiast ruszyli na pomoc. Przerażone kobiety biegały po plaży w poszukiwaniu dzieci i w uściskach uciekały w kierunku ulicy. Mężczyźni stali w osłupieniu na plaży, kalkulując wszelkie możliwości działania. Panika wkrótce zajęła całą plażę. Każdy starał się opuścić zagrożony teren jak najszybciej. Tymczasem ratownicy starali się wspólnymi siłami zlokalizować wszystkie osoby w niebezpieczeństwie. Na plaży pozostali tylko znajomi osób, których losy w tym momencie zależały już tylko od szczęścia. Wezwano policję, która w obliczu niespodziewanej tragedii wezwała posiłki. Po chwili cała ulica wzdłuż plaży wypełniona była karetkami z włączonymi syrenami, gotowymi na załadunek pacjentów w potrzebie.

Ratownicy wyciągali z wody jedną osobę po drugiej. Uratowanych zostawiali na plaży i bez wytchnienia wracali po kolejnych. Nagle tętniąca jeszcze przed chwilą życiem i niedzielną beztroską plaża, zaczęła zamieniać się w chaotyczną, improwizowaną izbę przyjęć. Rodziny i znajomi poszkodowanych otaczali ich opieką, oczekując na przybycie medyków. Z wody wyciągani byli kolejni plażowicze. Niektórych reanimowano, inni leżeli w pozycji bocznej samotnie, czekając na pomoc. Przybyli lekarze pospiesznie zaczęli transportować najbardziej poszkodowanych do karetek, które na sygnale odwoziły ofiary do szpitali. Na plaży reanimowano ponad trzydzieści osób. Po około trzydziestu minutach wszyscy zostali wyłowieni.

Około dwustu pięćdziesięciu kąpiących się potrzebowało pomocy w wydostaniu się z niebezpiecznego nurtu. Około sto pięćdziesiąt osób nie ucierpiało podczas incydentu. Sześćdziesiąt osób ucierpiało wskutek efektów podtopienia. Trzydzieści pięć osób utraciło przytomność w wodzie, ale udało się ich uratować dzięki reanimacji. Niestety pięć osób straciło życie. Jedną z tych osób był mężczyzna, który wskoczył do wody w celu pomocy innym. Wydarzenie to przeszło do historii Australii jako „Czarna niedziela”.


Skromni bohaterowie - wolontariusze


W 2018 roku ratownicy wolontariusze postanowili odświeżyć tragiczne wydarzenie z przeszłości z okazji jego osiemdziesiątej rocznicy. Ponad stu pięćdziesięciu ratowników podjęło się odtworzenia największej wodnej akcji ratunkowej w historii Australii przy użyciu sprzętu i technik, stosowanych osiemdziesiąt lat temu. Komentując wydarzenia, ratownicy byli zgodni co do tego, że osiemdziesiąt lat temu akcja na taką skalę, musiała być niewiarygodnie trudnym przedsięwzięciem. Ratownicy nie dysponowali wówczas ani skuterami wodnymi, ani dmuchanymi łodziami ratowniczymi, podczas gdy deski surfingowe były drewniane i ciężkie.

Jak się okazuje, głównym wyposażeniem ratowników w tamtych czasach były kołowrotki ratownicze, czyli tak zwane „life saving reels”, które zresztą zostały wynalezione i zaprojektowane w Australii. Kołowrót taki składał się z dużego bębna z nawiniętą na niego liną, na której końcu znajdowała się uprząż, zakładana przez ratownika. Podczas gdy jeden ratownik był przymocowany do liny na pasku i wypływał na ratunek, narzędzie wymagało aż pięciu dodatkowych osób do obsługi. W „Czarną Niedzielę” do akcji wykorzystano siedem takich kołowrotków. Według relacji świadków liny były rozchwytywane przez tonących, co dodatkowo utrudniało akcje ratunkowe. Szacuje się, że do czasu wycofania kołowrotów z użycia na samej Bondi Beach wykonano około trzystu osiemdziesięciu tysięcy akcji ratunkowych, wykorzystujących australijski wynalazek.

Fakt, że wszyscy ratownicy, którzy wzięli udział w pamiętnej akcji byli woluntariuszami przeszedł do historii jako wydarzenie bez precedensu. Jak jednak doszło do tej tragedii? Co spowodowało tak ogromne fale? Otóż według ekspertów, odpowiedzialne były tak zwane „flash rips”, które są jednymi z najbardziej niebezpiecznych i nieprzewidywalnych rodzajów prądów morskich. Pojawiają się w sytuacji, kiedy wyjątkowo wysoka ilość silnych fal załamuje się w tym samym miejscu.



545 wyświetlenia0 komentarz
  • Zaneta Branch


Poranny śpiew ptaków, zastępujący budzik, smak kawy w niezniszczalnym metalowym kubku i widok rozgwieżdżonego nieba z daleka od świateł dużych miast, raz w miesiącu przyciąga nas na rodzinny biwak. W ubiegły weekend udaliśmy się na kolejny.


Tuż po przyjeździe, w piątkowe popołudnie, zagadała nas nasza nowa sąsiadka, zaraz po tym jak wyniosła do śmietnika dwie reklamówki butelek - bynajmniej nie po mleku. Brzęczenie szkła w rytm jej kroków wskazywało na conajmniej dwadzieścia sztuk. Spod rękawów długiej kwiecistej sukienki wyłoniły się opalone i bardzo szybko gestykulujące ręce. Niemal równie szybko pędził jej język, opowiadając nam mimochodem nowinki kempingowe. Jeszcze więc przed pierwszym tradycyjnym obchodem pola namiotowego, wiedzieliśmy już kto oprócz nas jest z Sydney i kto ma najlepszego grilla. Kiedy z namiotu wyszły moje dziewczynki, pani sąsiadka zapytała je, czy widziały już mieszkające w pobliskich krzakach białe króliczki z czarnymi uszami.


„Nic dziwnego, że widziała białe króliczki...” - pomyślałam sobie, spoglądając na niedomkniętą pokrywę śmietnika z butelkami. Nasza nowa znajoma zniknęła równie szybko, jak się pojawiła, a z dwuosobowego, ciemnozielonego swagu zaczęło dobiegać niezbyt upierdliwe i dosyć rytmiczne, popołudniowe chrapanko.



W różnych kulturach różne zwierzęta reprezentują halucynacje po nadmiernym spożyciu alkoholu - w Polsce na przykład są to białe myszki. W krajach anglojęzycznych tradycyjnie mówiło się o różowych słoniach. Bohater powieści Jacka Londona z 1913 roku, alkoholik John Barleycorn, często widział „niebieskie myszy i różowe słonie”. Te z biegiem czasu zmieniały się w literaturze w szczury, małpy, żyrafy, hipopotamy. Białe króliki wydały mi się zatem również całkiem prawdopodobnym rezultatem delirium alkoholowego szanownej pani sąsiadki.

W krajobrazie australijskim łatwo te małe zwierzaki przeoczyć wśród wszystkich uwielbianych kangurów, koali czy krokodyli, tymczasem okazuje się, że jest ich tu całkiem sporo. Szacuje się, że aktualnie Australię zamieszkuje około 200 milionów dzikich królików. Króliki europejskie zostały sprowadzone do Australii w XIX wieku i od tego czasu spowodowały ogromne szkody w środowisku. Eksperci stwierdzili nawet, że wprowadzenie królików europejskich do Australii było jednym z najszybciej rozprzestrzeniających się przypadków ssaka inwazyjnego. A jak się tu znalazły?


Otóż wszystko zaczęło się od tego, że pewien zamożny mieszkaniec Wiktorii zamówił sobie zza oceanu 24 europejskie, dzikie króliki, które puścił swobodnie na swojej posiadłości. Pięćdziesiąt lat później króliki rozprzestrzeniły się na całym kontynencie, a ich liczba stała się tak duża, że ​​zaczęły niszczyć uprawy i ziemię na szeroką skalę, doprowadzając w ten sposób do erozji gleby. Nadmierna liczba królików wpływała negatywnie na rolnictwo, przyczyniła się także do zaniku rodzimych gatunków roślin i zwierząt. Ze względu na swoje umiejętności adaptacyjne, króliki potrzebujące jedynie gleby na norę i trawy do wypasu, z łatwością zadomawiały się w często trudnych australijskich warunkach. Dodatkowo, ich umiejetność szybkiego i częstego rozmnażania się, nie ułatwiała przystopowania ich lawinowego rozprzestrzeniania się. Rolnicy bezskutecznie próbowali kontrolować wzrost populacji królików za pomocą trucizny oraz niszczenia podziemnych sieci tuneli.


W pewnym momencie rolnicy współpracując z rządem postanowili wybudować ogrodzenie ciągnące się z północy na południe kraju w Australii Zachodniej. Budowa ogrodzenia trwała sześć lat. Po ukończeniu w 1907 roku ogrodzenie rozciągało się na 3256 kilometry i było najdłuższym ogrodzeniem na świecie.



Do lat dwudziestych XX wieku ogrodzenie całkiem nieźle spełniało swoje zadanie. Wzdłuż linii ogrodzenia odbywały się regularne patrole pracowników, często poruszających się na grzbietach wielbłądów. Aktualnie ogrodzenie zapobiega migracji emu na obszary rolnicze i powstrzymuje dzikie psy dingo przed atakami na zwierzęta gospodarskie.

W latach pięćdziesiątych rząd postanowił wykorzystać do walki z królikami kontrolę biologiczną, wypuszczając na wolność króliki zakażone śluzakiem - wirusem specyficznym dla królików - do południowo-wschodniej Australii. Wirus śluzaka był pierwszym w historii wirusem, który został celowo wprowadzony na wolność w celu wytępienia zwierzęcia. Wirus myksomatozy prowadzi do choroby, która zabija tylko króliki. Chociaż wirus śluzaka doprowadził do śmierci wielu królików w Australii, króliki ostatecznie rozwinęły odporność na wirusa, czyniąc go nieskutecznym. W 1996 roku postanowiono sięgnąć po podobny sposób ponownie. Tym razem wypuszczono wirusa RNA, który przenoszony jest przez muchy i zabija króliki w 48 godzin po zarażeniu. Wirus ten obniżył wprawdzie ich liczbę o 90 procent, ale jedynie w wyjątkowo suchych obszarach. Okazało się bowiem, że w obszarach chłodniejszych i wilgotniejszych, gdzie much jest znacznie mniej, wirus nie rozprzestrzenił się wystarczająco skutecznie. Podobnie jak w przypadku wirusa śluzaka, króliki mieszkające poza terenami pustynnym, zaczęły rozwijać oporność na wirusa.


W 2017 roku został wypuszczony wirus RHDV1 K5. Przy wypuszczaniu każdego kolejnego wirusa, pojawiają się liczne protesty - głównie właścicieli królików oraz osób z branży mięsnej, ponieważ niektóre wirusy zabijają króliki w ciągu 48 godzin, a szczepionki nie zawsze są dostępne, a w niektórych przypadkach w ogóle nie istnieją. Właściciele królików domowych zazwyczaj trzymają je wówczas zamknięte domach, ze względu na wysokie ryzyko kontaktu królików z jednym ze śmiertelnych wirusów. W Queensland trzymanie królika domowego jest natomiast nielegalne. Do posiadania królika w jakimkolwiek celu, włącznie z pokazami magików czy sztuczek w cyrku, potrzebne jest specjalne zezwolenie. Grzywna za nielegalne posiadanie krolika może wynosić od ponad 2.000 do 44.000 dolarów!

-Wiesz kochanie, nigdy jeszcze nie widziałam białych królików nad oceanem w Australii. - zagadałam męża - Może je zobaczymy jak skończymy tę butelkę Shiraz, którą dla nas kupiłam. - Puściłam do męża oczko, odkręcając butelkę.


Rozłożysta sosna, rosnąca tuż przy naszym namiocie, nie tylko dawała dużo cienia, ale okazała się ulubionym miejscem spotkań lokalnego ptactwa. Wsłuchując się w świergot niewiarygodnie niebieskich Superb Fairy Wrens (czyli w wolnym tłumaczeniu Wspaniałych Wróżko-Strzyżyków) nagle dostrzegłam, że coś rusza się w pobliskich krzakach. Nie mogłam uwierzyć, że nasza imprezowa sąsiadka jednak nie opowiadała nam swoich snów na jawie, kiedy przy samym oceanie zaczęły kicać bialutkie kulki z czarnymi uszkami.



223 wyświetlenia0 komentarz
  • Zaneta Branch


Chyba każdy kto mieszka w Australii, ma zapisaną w pamięci, związaną z nimi historię, może jakiś krótki moment, może miejsce. Mnie zawsze przypominają o moich pierwszych dniach w Australii. Była pełnia sezonu kwitnących dżakarand. Z rozmachem malowały całe miasto na fioletowo i pachniały obłędnie. To było 13 lat temu.


Zaraz po wylądowaniu w Sydney, zamieszkałyśmy w domu na wzgórzu w dzielnicy Tempe. Na pierwszą wycieczkę wybrałyśmy się oczywiście pod Operę. Pływałyśmy promem. Niezwykle przystojny kapitan zaprosił nas do kabiny i pozwolił sterować sydnejskim promem w samym centrum, zatłoczonej statkami rozmaitej wielkości, zatoki [sic!]. To musiał być znak szalonej przygody, którą właśnie wówczas rozpoczęłyśmy na drugim końcu świata. Przed pożegnaniem wsunął mi w rękę małą kartkę z numerem telefonu. Spieczone bezlitosnym słońcem ramiona zaczęły piec dopiero po przebudzeniu następnego ranka. To wtedy dowiedziałyśmy się, że filtr +30 w Australii nie przejdzie. Tego samego dnia przy stacji Central szukałyśmy autobusu na Bondi. Jakiś nieznajomy zaczepił nas i zapytał, czy może nam w czymś pomóc, po czym wytłumaczył, gdzie znajdziemy odpowiedni przystanek. To było pierwsze spotkanie z australijską otwartością i życzliwością, która wtedy jeszcze wydawała nam się albo podejrzana albo fałszywa. Pamiętam jak kupowałyśmy bilety, prosząc o jeden na „Bondi” (nie wiedziałyśmy jeszcze, że wymawia się „bon-daj”). Zresztą prawie nikogo nie rozumiałyśmy . Australijski angielski okazał się jakimś totalnie niezrozumiałym, szumiącym bełkotem, który nie miał nic wspólnego z angielskim, którego uczyła nas sorka w liceum. Bajecznie fioletowe dżakarandy kwitły wtedy wszędzie. Byłyśmy nimi z Magdą zachwycone, bo nigdy wcześniej ich nie widziałyśmy. Nie mogłyśmy uwierzyć, jak piękne jest ubrane na fioletowo Sydney - nasz nowy dom.



Co roku o tej porze, spadające z nieba fioletowe płatki, przypominają mi o moich początkach w Australii i jeszcze bardziej pielęgnują we mnie wdzięczność za to, co mam i za to, co przeżyłam oraz świadomość własnej siły i wytrwałości. Dopiero dziś widzę jak niesamowicie byłyśmy z Magdą odważne. Co roku słodko pachnące kwiaty dżakarandy przypominają mi również o przyjaźni. Ta prawdziwa - i nie ważne jak banalnie to brzmi - trwa wiecznie.

Choć dla każdego Australijczyka dżakaranda jest niczym dąb lub brzoza z popękaną korą dla Polaka, okazuje się, że drzewo to wcale nie jest rodzime dla Australii - pochodzi bowiem z Argentyny. Skąd więc wzięły się w odległej Australii i przyjęły niczym drzewa rodzime? Według dr Russella Barretta z Królewskiego Ogrodu Botanicznego w Sydney, pierwsze dżakarandy najpierw przybyły do Brisbane. Podobno pierwsze nasiona przywieźli w celach handlowych kapitanowie statków z Argentyny. Dyrektor Ogrodu Botanicznego w Brisbane, Walter Hill, przyniósł kilka nasion od kapitana statku i zasadził je w ogrodzie miejskim w 1864 roku. Stamtąd szybko dotarły do ​​Sydney.



Kiedy zobaczyłam pierwsze kwitnące w tym sezonie dżakarandy w okolicach Opery, od razu wyświetliły się przed moimi oczami upalne dni z 2007 roku i dwie dziewczyny z gładką cerą i odwagą, o której posiadaniu jeszcze wtedy nie wiedziały. Dzisiaj wybrałam się na najsłynniejszą o tej porze roku w Sydney ulicę na północ od Sydney Harbour Bridge. Gałęzie dżakarand uginały się pod ciężarem niezliczonych fioletowych kwiatów.

A z czym Wam kojarzą się dżakarandy?

320 wyświetlenia0 komentarz