• Zaneta Branch


Poranny śpiew ptaków, zastępujący budzik, smak kawy w niezniszczalnym metalowym kubku i widok rozgwieżdżonego nieba z daleka od świateł dużych miast, raz w miesiącu przyciąga nas na rodzinny biwak. W ubiegły weekend udaliśmy się na kolejny.


Tuż po przyjeździe, w piątkowe popołudnie, zagadała nas nasza nowa sąsiadka, zaraz po tym jak wyniosła do śmietnika dwie reklamówki butelek - bynajmniej nie po mleku. Brzęczenie szkła w rytm jej kroków wskazywało na conajmniej dwadzieścia sztuk. Spod rękawów długiej kwiecistej sukienki wyłoniły się opalone i bardzo szybko gestykulujące ręce. Niemal równie szybko pędził jej język, opowiadając nam mimochodem nowinki kempingowe. Jeszcze więc przed pierwszym tradycyjnym obchodem pola namiotowego, wiedzieliśmy już kto oprócz nas jest z Sydney i kto ma najlepszego grilla. Kiedy z namiotu wyszły moje dziewczynki, pani sąsiadka zapytała je, czy widziały już mieszkające w pobliskich krzakach białe króliczki z czarnymi uszami.


„Nic dziwnego, że widziała białe króliczki...” - pomyślałam sobie, spoglądając na niedomkniętą pokrywę śmietnika z butelkami. Nasza nowa znajoma zniknęła równie szybko, jak się pojawiła, a z dwuosobowego, ciemnozielonego swagu zaczęło dobiegać niezbyt upierdliwe i dosyć rytmiczne, popołudniowe chrapanko.



W różnych kulturach różne zwierzęta reprezentują halucynacje po nadmiernym spożyciu alkoholu - w Polsce na przykład są to białe myszki. W krajach anglojęzycznych tradycyjnie mówiło się o różowych słoniach. Bohater powieści Jacka Londona z 1913 roku, alkoholik John Barleycorn, często widział „niebieskie myszy i różowe słonie”. Te z biegiem czasu zmieniały się w literaturze w szczury, małpy, żyrafy, hipopotamy. Białe króliki wydały mi się zatem również całkiem prawdopodobnym rezultatem delirium alkoholowego szanownej pani sąsiadki.

W krajobrazie australijskim łatwo te małe zwierzaki przeoczyć wśród wszystkich uwielbianych kangurów, koali czy krokodyli, tymczasem okazuje się, że jest ich tu całkiem sporo. Szacuje się, że aktualnie Australię zamieszkuje około 200 milionów dzikich królików. Króliki europejskie zostały sprowadzone do Australii w XIX wieku i od tego czasu spowodowały ogromne szkody w środowisku. Eksperci stwierdzili nawet, że wprowadzenie królików europejskich do Australii było jednym z najszybciej rozprzestrzeniających się przypadków ssaka inwazyjnego. A jak się tu znalazły?


Otóż wszystko zaczęło się od tego, że pewien zamożny mieszkaniec Wiktorii zamówił sobie zza oceanu 24 europejskie, dzikie króliki, które puścił swobodnie na swojej posiadłości. Pięćdziesiąt lat później króliki rozprzestrzeniły się na całym kontynencie, a ich liczba stała się tak duża, że ​​zaczęły niszczyć uprawy i ziemię na szeroką skalę, doprowadzając w ten sposób do erozji gleby. Nadmierna liczba królików wpływała negatywnie na rolnictwo, przyczyniła się także do zaniku rodzimych gatunków roślin i zwierząt. Ze względu na swoje umiejętności adaptacyjne, króliki potrzebujące jedynie gleby na norę i trawy do wypasu, z łatwością zadomawiały się w często trudnych australijskich warunkach. Dodatkowo, ich umiejetność szybkiego i częstego rozmnażania się, nie ułatwiała przystopowania ich lawinowego rozprzestrzeniania się. Rolnicy bezskutecznie próbowali kontrolować wzrost populacji królików za pomocą trucizny oraz niszczenia podziemnych sieci tuneli.


W pewnym momencie rolnicy współpracując z rządem postanowili wybudować ogrodzenie ciągnące się z północy na południe kraju w Australii Zachodniej. Budowa ogrodzenia trwała sześć lat. Po ukończeniu w 1907 roku ogrodzenie rozciągało się na 3256 kilometry i było najdłuższym ogrodzeniem na świecie.



Do lat dwudziestych XX wieku ogrodzenie całkiem nieźle spełniało swoje zadanie. Wzdłuż linii ogrodzenia odbywały się regularne patrole pracowników, często poruszających się na grzbietach wielbłądów. Aktualnie ogrodzenie zapobiega migracji emu na obszary rolnicze i powstrzymuje dzikie psy dingo przed atakami na zwierzęta gospodarskie.

W latach pięćdziesiątych rząd postanowił wykorzystać do walki z królikami kontrolę biologiczną, wypuszczając na wolność króliki zakażone śluzakiem - wirusem specyficznym dla królików - do południowo-wschodniej Australii. Wirus śluzaka był pierwszym w historii wirusem, który został celowo wprowadzony na wolność w celu wytępienia zwierzęcia. Wirus myksomatozy prowadzi do choroby, która zabija tylko króliki. Chociaż wirus śluzaka doprowadził do śmierci wielu królików w Australii, króliki ostatecznie rozwinęły odporność na wirusa, czyniąc go nieskutecznym. W 1996 roku postanowiono sięgnąć po podobny sposób ponownie. Tym razem wypuszczono wirusa RNA, który przenoszony jest przez muchy i zabija króliki w 48 godzin po zarażeniu. Wirus ten obniżył wprawdzie ich liczbę o 90 procent, ale jedynie w wyjątkowo suchych obszarach. Okazało się bowiem, że w obszarach chłodniejszych i wilgotniejszych, gdzie much jest znacznie mniej, wirus nie rozprzestrzenił się wystarczająco skutecznie. Podobnie jak w przypadku wirusa śluzaka, króliki mieszkające poza terenami pustynnym, zaczęły rozwijać oporność na wirusa.


W 2017 roku został wypuszczony wirus RHDV1 K5. Przy wypuszczaniu każdego kolejnego wirusa, pojawiają się liczne protesty - głównie właścicieli królików oraz osób z branży mięsnej, ponieważ niektóre wirusy zabijają króliki w ciągu 48 godzin, a szczepionki nie zawsze są dostępne, a w niektórych przypadkach w ogóle nie istnieją. Właściciele królików domowych zazwyczaj trzymają je wówczas zamknięte domach, ze względu na wysokie ryzyko kontaktu królików z jednym ze śmiertelnych wirusów. W Queensland trzymanie królika domowego jest natomiast nielegalne. Do posiadania królika w jakimkolwiek celu, włącznie z pokazami magików czy sztuczek w cyrku, potrzebne jest specjalne zezwolenie. Grzywna za nielegalne posiadanie krolika może wynosić od ponad 2.000 do 44.000 dolarów!

-Wiesz kochanie, nigdy jeszcze nie widziałam białych królików nad oceanem w Australii. - zagadałam męża - Może je zobaczymy jak skończymy tę butelkę Shiraz, którą dla nas kupiłam. - Puściłam do męża oczko, odkręcając butelkę.


Rozłożysta sosna, rosnąca tuż przy naszym namiocie, nie tylko dawała dużo cienia, ale okazała się ulubionym miejscem spotkań lokalnego ptactwa. Wsłuchując się w świergot niewiarygodnie niebieskich Superb Fairy Wrens (czyli w wolnym tłumaczeniu Wspaniałych Wróżko-Strzyżyków) nagle dostrzegłam, że coś rusza się w pobliskich krzakach. Nie mogłam uwierzyć, że nasza imprezowa sąsiadka jednak nie opowiadała nam swoich snów na jawie, kiedy przy samym oceanie zaczęły kicać bialutkie kulki z czarnymi uszkami.



208 wyświetlenia0 komentarz
  • Zaneta Branch


Chyba każdy kto mieszka w Australii, ma zapisaną w pamięci, związaną z nimi historię, może jakiś krótki moment, może miejsce. Mnie zawsze przypominają o moich pierwszych dniach w Australii. Była pełnia sezonu kwitnących dżakarand. Z rozmachem malowały całe miasto na fioletowo i pachniały obłędnie. To było 13 lat temu.


Zaraz po wylądowaniu w Sydney, zamieszkałyśmy w domu na wzgórzu w dzielnicy Tempe. Na pierwszą wycieczkę wybrałyśmy się oczywiście pod Operę. Pływałyśmy promem. Niezwykle przystojny kapitan zaprosił nas do kabiny i pozwolił sterować sydnejskim promem w samym centrum, zatłoczonej statkami rozmaitej wielkości, zatoki [sic!]. To musiał być znak szalonej przygody, którą właśnie wówczas rozpoczęłyśmy na drugim końcu świata. Przed pożegnaniem wsunął mi w rękę małą kartkę z numerem telefonu. Spieczone bezlitosnym słońcem ramiona zaczęły piec dopiero po przebudzeniu następnego ranka. To wtedy dowiedziałyśmy się, że filtr +30 w Australii nie przejdzie. Tego samego dnia przy stacji Central szukałyśmy autobusu na Bondi. Jakiś nieznajomy zaczepił nas i zapytał, czy może nam w czymś pomóc, po czym wytłumaczył, gdzie znajdziemy odpowiedni przystanek. To było pierwsze spotkanie z australijską otwartością i życzliwością, która wtedy jeszcze wydawała nam się albo podejrzana albo fałszywa. Pamiętam jak kupowałyśmy bilety, prosząc o jeden na „Bondi” (nie wiedziałyśmy jeszcze, że wymawia się „bon-daj”). Zresztą prawie nikogo nie rozumiałyśmy . Australijski angielski okazał się jakimś totalnie niezrozumiałym, szumiącym bełkotem, który nie miał nic wspólnego z angielskim, którego uczyła nas sorka w liceum. Bajecznie fioletowe dżakarandy kwitły wtedy wszędzie. Byłyśmy nimi z Magdą zachwycone, bo nigdy wcześniej ich nie widziałyśmy. Nie mogłyśmy uwierzyć, jak piękne jest ubrane na fioletowo Sydney - nasz nowy dom.



Co roku o tej porze, spadające z nieba fioletowe płatki, przypominają mi o moich początkach w Australii i jeszcze bardziej pielęgnują we mnie wdzięczność za to, co mam i za to, co przeżyłam oraz świadomość własnej siły i wytrwałości. Dopiero dziś widzę jak niesamowicie byłyśmy z Magdą odważne. Co roku słodko pachnące kwiaty dżakarandy przypominają mi również o przyjaźni. Ta prawdziwa - i nie ważne jak banalnie to brzmi - trwa wiecznie.

Choć dla każdego Australijczyka dżakaranda jest niczym dąb lub brzoza z popękaną korą dla Polaka, okazuje się, że drzewo to wcale nie jest rodzime dla Australii - pochodzi bowiem z Argentyny. Skąd więc wzięły się w odległej Australii i przyjęły niczym drzewa rodzime? Według dr Russella Barretta z Królewskiego Ogrodu Botanicznego w Sydney, pierwsze dżakarandy najpierw przybyły do Brisbane. Podobno pierwsze nasiona przywieźli w celach handlowych kapitanowie statków z Argentyny. Dyrektor Ogrodu Botanicznego w Brisbane, Walter Hill, przyniósł kilka nasion od kapitana statku i zasadził je w ogrodzie miejskim w 1864 roku. Stamtąd szybko dotarły do ​​Sydney.



Kiedy zobaczyłam pierwsze kwitnące w tym sezonie dżakarandy w okolicach Opery, od razu wyświetliły się przed moimi oczami upalne dni z 2007 roku i dwie dziewczyny z gładką cerą i odwagą, o której posiadaniu jeszcze wtedy nie wiedziały. Dzisiaj wybrałam się na najsłynniejszą o tej porze roku w Sydney ulicę na północ od Sydney Harbour Bridge. Gałęzie dżakarand uginały się pod ciężarem niezliczonych fioletowych kwiatów.

A z czym Wam kojarzą się dżakarandy?

311 wyświetlenia0 komentarz
  • Zaneta Branch


W Polsce kwitnie w maju, a w południowej części Australii we wrześniu - efektownie kontrastujący z błękitem nieba i zielenią trawy - jaskrawo żółty rzepak. W tym sezonie raczej nie będę podziwiać pól rzepakowych, ale przypomniałam sobie, że rok temu o tej porze nie mogłam się na nie napatrzeć. Polecieliśmy samolotem z Sydney do Melbourne, a z Melbourne ruszyliśmy samochodem odwiedzić naszą rodzinę w Południowej Australii. Mieliśmy do przejechania około 5 godzin. Pola rzepakowe podziwialiśmy mniej więcej dwie godziny drogi od Melbourne. Wiktoria i Południowa Australia zachwycają mnie za każdym razem, tak odmienne od tropikalnej północy i suchego centrum kontynentu. Soczyste kolory, owce, strusie, niekończące się pola uprawne, powulkaniczne jeziora i tak wiele więcej. Żółte pola rozciągały się wzdłuż drogi przez kilka kilometrów.

Następnie przejeżdżaliśmy obrzeżami The Grampians, pasma górskiego w południowo-zachodniej części Wielkich Gór Wododziałowych. Pasmo zbudowane jest głównie z piaskowców, granitów i bazaltów i pokryte jest lasami eukaliptusowymi. Wysokie partie gór porasta las subalpejski. W parku narodowym Grampians znajduje się ponad 200 kilometrów szlaków turystycznych. Nazwa pasma górskiego została nadana w 1836 przez Thomasa Mitchella od najwyższych gór Szkocji.


Wielkie Góry Wododziałowe rozciągają się południkowo wzdłuż wschodnich wybrzeży kontynentu od Cieśniny Bassa na południu kraju aż po półwysep Jork na północy. Cały łańcuch górski ciągnie się na przestrzeni 4000 kilometrów przez trzy australijskie stany: Queensland, Nową Południową Walię i Wiktorię. Najwyższym pasmem tego łańcucha są Alpy Australijskie z najwyższym szczytem Australii - Górą Kościuszki o wysokości 2228 metrów nad poziomem morza. W Wielkich Górach Wododziałowych znajdują się źródła największych rzek Australii: Murray i Darling. Pierwszymi Europejczykami, którzy dotarli do Wielkich Gór Wododziałowych w 1813 roku byli Blaxland, Wentworth i Lawson. Polski podróżnik Paweł Edmund Strzelecki również miał swój wkład w eksplorację tego regionu.


W Grampianach można zobaczyć między innymi stare kamieniołomy piaskowca, z którego pochodzą fasady niektórych z najbardziej znanych budynków w Melbourne - takich jak Biblioteka Stanowa, Ratusz Miejski i Parlament. Na północy Grampians podziwiać można stare ryciny aborygeńskie. Z lokalnych gajów oliwnych pochodzą znakomite oliwki, które trafiają stamtąd do eleganckich restauracji w Melbourne i Adelajdzie. Region Grampians szczyci się również jednymi z najstarszych winnic w Australii, a słynie zwłaszcza ze szczepu shiraz.


Gariwerd (aborygeńska nazwa Grampianów) jest kluczowa dla wielu opowieści społeczności aborygeńskich w południowo-zachodniej Wiktorii. Według lokalnych Aborygenów w cyklu sezonowym Gariwerd wyróżnia się sześć różnych okresów pogodowych. Aktualnie panuje „Petyan” czyli późna wiosna. To sezon dzikiej przyrody i dzikich kwiatów, to czas, kiedy busz ożywa. Dni są cieplejsze, choć pogoda wciąż bywa burzliwa...



18 wyświetlenia0 komentarz
Dołącz do mnie
  • Facebook
  • Instagram

Copyright 2017 All Rights Reserved

Polka w Australii pisze