• Zaneta Branch


Od połowy dziewiętnastego wieku ulica John Street w sercu Pyrmont pełniła głównie funkcję mieszkalną. Kiedy tylko pojawiła się nowa okazja, CSR, czyli Kolonialna Rafineria Cukru, która działała w tym rejonie od 1870 do 1990 roku, kupowała tam domy dla swoich pracowników na stanowiskach kierowniczych. CSR była zresztą nie tylko cukrownią, ale także destylarnią, która przez pewien okres zaspokajała połowę zapotrzebowania Australii na alkohol przemysłowy, w tym między innymi na jedną trzecią australijskiego rumu. CSR miał ogromny wpływ na Pyrmont. Tak, jak kamieniołomy piaskowca - o których ostatnio Wam pisałam - odmieniły jego krajobraz, tak CSR stworzył nowy przemysł dla Pyrmont i reszty miasta. Ponieważ CSR systematycznie przyciągał pracowników fizycznych, populacja Pyrmont rosła w bardzo szybkim tempie. Z wyjątkiem trzech pubów i szkoły publicznej, prawie wszystkie budynki były wynajmowane pracownikom rafinerii lub gorzelni.


Kiedy Pyrmont stał się główną siedzibą firmy i CSR rozszerzyła swoją działalność na przetwórstwo cukru, gorzelnictwo i materiały budowlane, wygląd i charakter dzielnicy zaczął ulegać jeszcze bardziej znaczącym zmianom. CSR zaczął wpływać na decyzje, co do budowy nowych dróg i innych elementów infrastruktury. Ze względu na reorganizację dróg, CSR po raz kolejny wykupiło znaczącą liczbę domów, ale tym razem przeznaczyła je na rozbiórkę. Mieszkańcy tych domów, najczęściej robotnicy i ich rodziny, pozostawieni zostali bez domów i bez zadośćuczynienia, a ich zburzone domy przeznaczane były na przestronne parkingi dla profesjonalistów dojeżdżających do pracy w CSR z innych rejonów Sydney. Ze względu na zanieczyszczenie i hałas, większość zamożniejszych pracowników mieszkała bowiem poza granicami Pyrmont. Kiedy CSR zamknęło swoją działalność, miasto przejęło całą zajmowaną przez nich przestrzeń i zaczęło ją odnawiać, restaurować i modernizować. Wszystkie domy profesjonalistów i kierowników na ulicy John St zostały zachowane do dnia dzisiejszego. Wszystkie, oprócz jednego.

Fascynują mnie stare, zniszczone domy. Zawsze zastanawiam się, kto w takim domu mieszkał, co w nim przeżył, jak bardzo ten dom kochał. Nierzadko domy pustoszeją, niszczeją i znikają bez śladu, dokładnie tak, jak ludzie. Rzadko zdarza się jednak, że dom już nieistniejący wciąż poniekąd istnieje, a tak właśnie wydarzyło się w przypadku jednego z domów przy ulicy John St. Wszystkie domy przy tej ulicy odnowiono, odmalowano, naprawiono dziurawe dachówki i wstawiono nowe szyby w zabytkowe ramy okien. Jeden z domów był jednak nie do naprawienia. Został więc wyburzony, a następnie odtworzony jako tak zwany „dom duchów”. Dokładnie na jego miejscu wybudowano jego szkielet, po to, aby nigdy nie został zapomniany.


Kiedy lokalny miłośnik przyrody, Guy, dowiedział się o tym bezużytecznym kawałku ziemi, postanowił go zorganizować w sposób partyzancki. Oczyścił teren i posadził tam rozmaite rośliny. Zrobił to przy użyciu podwyższonych grządek, w celu uzyskania większych plonów przy mniejszym nakładzie pracy. Guy już od wielu lat zupełnie bezinteresownie, regularnie pielęgnuje ogródek. Posadził w nim cztery odmiany mięty i bazylii, sałatę, cebulę i wiele innych ziół, warzyw i owoców, które lokalni mieszkańcy zrywają sporadycznie, kiedy akurat zabraknie im czegoś do obiadu. Ten niepozorny ogródek nie należy do miasta, to ogród partyzancki - tak zwany „guerilla garden”. Jestem wielbicielką ogrodnictwa partyzanckiego. Ogrody takie znacznie wykraczają poza sztywne plany miejskich przedsięwzięć ogrodniczych - ogrody partyzanckie mają swoje dusze.


Czym byłoby bowiem miasto - zwłaszcza tak idiotycznie drogie jak Sydney - bez miejsc, które nie są inwestycją i nie mają znaczenia w sensie materialnym? Zdaje się, że to właśnie „domy duchów”, ogrody partyzanckie, lokalne uliczne biblioteczki z darmowymi książkami do wymiany, bezinteresowne przedsięwzięcia mieszkańców, ludzie i ich historie tworzą esencje miast. Nie tylko domy, budynki, ściany, cegły, mury, pomniki, ale czasem jedynie ich ramy, bezinteresowny ludzki gest, intencja i pamięć, legendy, mity i sekrety.


W dzielnicy Leicchardt, jeden z mieszkańców oferuje przechodzącym obok jego kuchennego okna, darmową kawę, herbatę lub krótką pogawędkę, według preferencji przechodnia...



1 wyświetlenia0 komentarz
  • Zaneta Branch


Kiedy zatrzymałam się na chwilę w cieniu ogromnego Figowca z Moreton Bay, kątem oka zobaczyłam kilka małych, czarnych kropek na ramieniu. Kiedy podniosłam rękę bliżej oczu, pomyślałam, że to chyba mrówki. Na pierwszy rzut oka były za duże na mrówki, ale ponieważ w Australii wszystko jest większe niż być powinno, miałam tylko nadzieje, że mnie nie pogryzą. Nagle zobaczyłam maleńkie skrzydełka więc pomyślałam, że to jednak meszki. Tymczasem okazało się, że to nasze pospolite sydnejskie pszczółki.


W Australii występuje ponad 1500 gatunków pszczół, w samym Sydney około 200. Te małe, ruchliwe i niesamowicie pracowite stworzenia, zapylają nie tylko kwiaty, ale rownież owoce i warzywa. „Sydney stingless bees”, czyli pszczoły bezżądłowe są dużo mniejsze i ciemniejsze niż pszczoły europejskie. Dzięki swojemu niewielkiemu rozmiarowi są w stanie zapylać drobne, delikatne i trudno dostępne kwiaty. Ich fascynujące życie można podglądać w Ogrodach Botanicznych w Sydney. Aktualnie w ogrodowych ulach w żyje około 60-80000 pszczół. Można tam również kupić miód, zebrany z tamtejszych uli. Ponieważ pszczoły mają ogromny wybór, od rodzimych kwitnących drzew po egzotyczne kwiaty, czy choćby ogród ziołowy, miód ten w niczym nie przypomina tego, który można dostać w supermarkecie. Obfitość kwitnących roślin sprawia, że ​​miód ma rewelacyjny, złożony i niespotykany smak.


Jakiś czas temu, Królewskie Ogrody Botaniczne w Sydney rozpoczęły współpracę z naukowcami z CSIRO i Hitachi, aby odkryć tajemniczy świat miejskich pszczół. Postanowili zbierać dane za pomocą „plecaków”, umieszczonych na grzbietach pszczół. CSIRO zaczął pracować nad projektem zwanym „bees with backpacks”, czyli „pszczoły z plecakami” już w 2014 roku. Ta innowacyjna technologia śledzenia, umożliwia naukowcom badanie, jakie czynniki stresowe lub zachowania mogą powodować spadek populacji pszczół.


*Więcej o pszczołach z plecakami przeczytacie tutaj (plus źródło zdjęcia z pszczołą z plecakiem): https://blog.csiro.au/bees-with-backpacks-fly-into-schools/



2 wyświetlenia0 komentarz
  • Zaneta Branch


Latarnie morskie mają w sobie jakąś, niełatwą do opisania, magię. Górują w najbardziej malowniczych miejscach, otoczone kojącym oko błękitem. Zbudowane z historii, przyciągają ciekawskich świata - choć być może głównie niepoprawnych marzycieli - jak magnes. Kryją niezliczone tajemnice, bo z wysokości widziały i słyszały wiele. Budzą szacunek, bo ratują życia wymęczonych do granic możliwości podróżnych. Budzą wdzięczność za strzeżenie granic kontynentu. Kto w nich pracował? Czy może ktoś w nich zmarł? Czy kryją wciąż nieodkryte skarby przeszłości?


Latarnia Macqarie jest zupełnie wyjątkowa, bo jest najstarszą latarnią morską w całej Australii. Jej światło widać z odległości 45 kilometrów na oceanie. Zaprojektował ją bardzo znany sydnejski architekt, który naszkicował zresztą większość kolonialnych budynków w mieście. Greenway przypłynął do Australii jako więzień, ale projektował tak genialne budynki, w łaknącej europejskiej architektury angielskiej kolonii, że wkrótce po przybyciu dostał „certyfikat wolnego człowieka”. Latarnia Macqarie kryje wiele sekretów i przypuszczam, wielu wciąż jeszcze nie znamy. Zaledwie dwa lata temu odkryty został jeden z nich, w dodatku zupełnie przypadkiem.


Naukowcy z Uniwersytetu Macqarie - który notabene posiada ikonę tej latarni jako swoje uniwersyteckie godło - wysłali drona do zrobienia zdjęć latarni z perspektywy oceanu. Wykonanie takich zdjęć nie jest w inny sposób łatwe, ponieważ pod latarnią ciągną się conajmniej pięćdziesięciometrowe, drapieżne ściany skalne. Naukowcy przecierali oczy ze zdumienia, kiedy na zdjęciach z 2018 roku zobaczyli na ścianie skalnej niewielki otwór w skale, przypominający drzwi. Jak się okazało było to wejście do tunelu z czasów II Wojny Światowej. Dochodzenie wykazało, że tunel nie prowadzi do latarni i jego dojście już nie istnieje. Kiedy wiadomość przeciekła do telewizji, naukowcy z Sydney University oświadczyli, że już od dawna wiedzieli o tunelu i wykorzystywali go do eksperymentów. Doszło jednak do kradzieży cennych narzędzi i materiałów, czego konsekwencją było zawieszenie prac w tunelu. Czego wciąż o tunelu nie wiemy? Być może przyszłość odsłoni kolejne strony tej historii. Tymczasem leżenie - nawet z usztywnioną, pokiereszowaną nogą o zerwanych ścięgnach - w jej majestatycznym cieniu, sprzyja snuciu nieskończonych możliwości jej zakończeń...


PS Koniecznie zobaczcie ostatnie zdjęcie.

[Zdjęcie z drona: Macqarie University]



5 wyświetlenia0 komentarz
Dołącz do mnie
  • Facebook
  • Instagram

Copyright 2017 All Rights Reserved

Polka w Australii pisze