• Zaneta Branch


Pyrmont to dzielnica Sydney, która przeciętnemu mieszkańcowi miasta, kojarzy się głównie z malowniczym widokiem na dwa znane sydnejskie mosty, położona niedaleko Darling Harbour. Co ciekawe jednak, Pyrmont jest również kolebką sydnejskich kamieniołomów, ze względu na świetną jakość lokalnego piaskowca, który powstał około 500-700 milionów lat temu. Do dziś można podziwiać stare ryciny i płaskorzeźby w wielu miejscach w kraju, stworzone właśnie w piaskowcu przez Aborygenów, tysiące lat przed kolonizacją Australii.


Piaskowiec z Pyrmont, zwany „yellowblock” - blady przed wydobyciem - po odsłonięciu nabiera ciepłego, złocistego koloru. Ze względu na swoją podatność na modelowanie, a jedocześnie wytrzymałość i walory kolorystyczne, stał się on preferowanym materiałem budowlanym w Sydney w XIX i XX wieku. Kamieniołomy w Pyrmont kwitły od 1840 do 1940 roku, na zawsze zmieniając jego krajobraz. Pokłady piaskowca były ogromne, a popyt lokalny i międzynarodowy zdawał się być nieskończony. Niemalże cała dzielnica The Rocks zbudowana została właśnie z piaskowca. W pewnym momencie stały się one tak istotnym elementem miejskiego przemysłu, że zaczęto sprowadzać kamieniarzy ze Szkocji, którzy znani byli ze swoich kompetencji w obsługiwaniu najnowocześniejszych maszyn używanych w branży. Praca w kamieniołomach była dobrze wynagradzana, a ich pracownicy cieszyli się reputacją świetnie wykwalifikowanych i idealnie zoarganizowanych. Dokonali oni nawet legalizacji ośmiogodzinnego dnia pracy jako pierwsza grupa zawodowa na świecie. W latach pięćdziesiątych kamieniołomy zaczęły podupadać, ponieważ piaskowiec, najzwyczajniej w świecie, wyszedł z mody.

Piaskowiec użyty został do zbudowania wielu istotnych budynków publicznych w Sydney i nie tylko. Mijając większość zabytkowych budynków w mieście, można mieć pewność, że zbudowane zostały ze skały, wydobytej w Pyrmont. Spacerując ulicami tej zabytkowej dzielnicy, historia kamieniołomów odsłania się na każdym kroku. Nad wybrzeżem niespodziewanie wyrastają ogromne skalne ściany, a wygrawerowane nazwiska właścicieli kamieniołomów pokrywają wielkie głazy, porozrzucane po dzielnicy. Na wzgórzach z widokiem na „wieszak” (tak lokalsi nazywają Harbour Bridge), czekają na spacerowiczów ogromne, wykute z kamienia fotele, takie jak ten, na którym ostatnio usiadłam do zdjęcia podczas niespiesznego, wiosennego spaceru.



19 wyświetleń0 komentarzy
  • Zaneta Branch


Od połowy dziewiętnastego wieku ulica John Street w sercu Pyrmont pełniła głównie funkcję mieszkalną. Kiedy tylko pojawiła się nowa okazja, CSR, czyli Kolonialna Rafineria Cukru, która działała w tym rejonie od 1870 do 1990 roku, kupowała tam domy dla swoich pracowników na stanowiskach kierowniczych. CSR była zresztą nie tylko cukrownią, ale także destylarnią, która przez pewien okres zaspokajała połowę zapotrzebowania Australii na alkohol przemysłowy, w tym między innymi na jedną trzecią australijskiego rumu. CSR miał ogromny wpływ na Pyrmont. Tak, jak kamieniołomy piaskowca - o których ostatnio Wam pisałam - odmieniły jego krajobraz, tak CSR stworzył nowy przemysł dla Pyrmont i reszty miasta. Ponieważ CSR systematycznie przyciągał pracowników fizycznych, populacja Pyrmont rosła w bardzo szybkim tempie. Z wyjątkiem trzech pubów i szkoły publicznej, prawie wszystkie budynki były wynajmowane pracownikom rafinerii lub gorzelni.


Kiedy Pyrmont stał się główną siedzibą firmy i CSR rozszerzyła swoją działalność na przetwórstwo cukru, gorzelnictwo i materiały budowlane, wygląd i charakter dzielnicy zaczął ulegać jeszcze bardziej znaczącym zmianom. CSR zaczął wpływać na decyzje, co do budowy nowych dróg i innych elementów infrastruktury. Ze względu na reorganizację dróg, CSR po raz kolejny wykupiło znaczącą liczbę domów, ale tym razem przeznaczyła je na rozbiórkę. Mieszkańcy tych domów, najczęściej robotnicy i ich rodziny, pozostawieni zostali bez domów i bez zadośćuczynienia, a ich zburzone domy przeznaczane były na przestronne parkingi dla profesjonalistów dojeżdżających do pracy w CSR z innych rejonów Sydney. Ze względu na zanieczyszczenie i hałas, większość zamożniejszych pracowników mieszkała bowiem poza granicami Pyrmont. Kiedy CSR zamknęło swoją działalność, miasto przejęło całą zajmowaną przez nich przestrzeń i zaczęło ją odnawiać, restaurować i modernizować. Wszystkie domy profesjonalistów i kierowników na ulicy John St zostały zachowane do dnia dzisiejszego. Wszystkie, oprócz jednego.

Fascynują mnie stare, zniszczone domy. Zawsze zastanawiam się, kto w takim domu mieszkał, co w nim przeżył, jak bardzo ten dom kochał. Nierzadko domy pustoszeją, niszczeją i znikają bez śladu, dokładnie tak, jak ludzie. Rzadko zdarza się jednak, że dom już nieistniejący wciąż poniekąd istnieje, a tak właśnie wydarzyło się w przypadku jednego z domów przy ulicy John St. Wszystkie domy przy tej ulicy odnowiono, odmalowano, naprawiono dziurawe dachówki i wstawiono nowe szyby w zabytkowe ramy okien. Jeden z domów był jednak nie do naprawienia. Został więc wyburzony, a następnie odtworzony jako tak zwany „dom duchów”. Dokładnie na jego miejscu wybudowano jego szkielet, po to, aby nigdy nie został zapomniany.


Kiedy lokalny miłośnik przyrody, Guy, dowiedział się o tym bezużytecznym kawałku ziemi, postanowił go zorganizować w sposób partyzancki. Oczyścił teren i posadził tam rozmaite rośliny. Zrobił to przy użyciu podwyższonych grządek, w celu uzyskania większych plonów przy mniejszym nakładzie pracy. Guy już od wielu lat zupełnie bezinteresownie, regularnie pielęgnuje ogródek. Posadził w nim cztery odmiany mięty i bazylii, sałatę, cebulę i wiele innych ziół, warzyw i owoców, które lokalni mieszkańcy zrywają sporadycznie, kiedy akurat zabraknie im czegoś do obiadu. Ten niepozorny ogródek nie należy do miasta, to ogród partyzancki - tak zwany „guerilla garden”. Jestem wielbicielką ogrodnictwa partyzanckiego. Ogrody takie znacznie wykraczają poza sztywne plany miejskich przedsięwzięć ogrodniczych - ogrody partyzanckie mają swoje dusze.


Czym byłoby bowiem miasto - zwłaszcza tak idiotycznie drogie jak Sydney - bez miejsc, które nie są inwestycją i nie mają znaczenia w sensie materialnym? Zdaje się, że to właśnie „domy duchów”, ogrody partyzanckie, lokalne uliczne biblioteczki z darmowymi książkami do wymiany, bezinteresowne przedsięwzięcia mieszkańców, ludzie i ich historie tworzą esencje miast. Nie tylko domy, budynki, ściany, cegły, mury, pomniki, ale czasem jedynie ich ramy, bezinteresowny ludzki gest, intencja i pamięć, legendy, mity i sekrety.


W dzielnicy Leicchardt, jeden z mieszkańców oferuje przechodzącym obok jego kuchennego okna, darmową kawę, herbatę lub krótką pogawędkę, według preferencji przechodnia...



5 wyświetleń0 komentarzy
  • Zaneta Branch


Kiedy zatrzymałam się na chwilę w cieniu ogromnego Figowca z Moreton Bay, kątem oka zobaczyłam kilka małych, czarnych kropek na ramieniu. Kiedy podniosłam rękę bliżej oczu, pomyślałam, że to chyba mrówki. Na pierwszy rzut oka były za duże na mrówki, ale ponieważ w Australii wszystko jest większe niż być powinno, miałam tylko nadzieje, że mnie nie pogryzą. Nagle zobaczyłam maleńkie skrzydełka więc pomyślałam, że to jednak meszki. Tymczasem okazało się, że to nasze pospolite sydnejskie pszczółki.


W Australii występuje ponad 1500 gatunków pszczół, w samym Sydney około 200. Te małe, ruchliwe i niesamowicie pracowite stworzenia, zapylają nie tylko kwiaty, ale rownież owoce i warzywa. „Sydney stingless bees”, czyli pszczoły bezżądłowe są dużo mniejsze i ciemniejsze niż pszczoły europejskie. Dzięki swojemu niewielkiemu rozmiarowi są w stanie zapylać drobne, delikatne i trudno dostępne kwiaty. Ich fascynujące życie można podglądać w Ogrodach Botanicznych w Sydney. Aktualnie w ogrodowych ulach w żyje około 60-80000 pszczół. Można tam również kupić miód, zebrany z tamtejszych uli. Ponieważ pszczoły mają ogromny wybór, od rodzimych kwitnących drzew po egzotyczne kwiaty, czy choćby ogród ziołowy, miód ten w niczym nie przypomina tego, który można dostać w supermarkecie. Obfitość kwitnących roślin sprawia, że ​​miód ma rewelacyjny, złożony i niespotykany smak.


Jakiś czas temu, Królewskie Ogrody Botaniczne w Sydney rozpoczęły współpracę z naukowcami z CSIRO i Hitachi, aby odkryć tajemniczy świat miejskich pszczół. Postanowili zbierać dane za pomocą „plecaków”, umieszczonych na grzbietach pszczół. CSIRO zaczął pracować nad projektem zwanym „bees with backpacks”, czyli „pszczoły z plecakami” już w 2014 roku. Ta innowacyjna technologia śledzenia, umożliwia naukowcom badanie, jakie czynniki stresowe lub zachowania mogą powodować spadek populacji pszczół.


*Więcej o pszczołach z plecakami przeczytacie tutaj (plus źródło zdjęcia z pszczołą z plecakiem): https://blog.csiro.au/bees-with-backpacks-fly-into-schools/



11 wyświetleń0 komentarzy