• Zaneta Branch


Latarnie morskie mają w sobie jakąś, niełatwą do opisania, magię. Górują w najbardziej malowniczych miejscach, otoczone kojącym oko błękitem. Zbudowane z historii, przyciągają ciekawskich świata - choć być może głównie niepoprawnych marzycieli - jak magnes. Kryją niezliczone tajemnice, bo z wysokości widziały i słyszały wiele. Budzą szacunek, bo ratują życia wymęczonych do granic możliwości podróżnych. Budzą wdzięczność za strzeżenie granic kontynentu. Kto w nich pracował? Czy może ktoś w nich zmarł? Czy kryją wciąż nieodkryte skarby przeszłości?


Latarnia Macqarie jest zupełnie wyjątkowa, bo jest najstarszą latarnią morską w całej Australii. Jej światło widać z odległości 45 kilometrów na oceanie. Zaprojektował ją bardzo znany sydnejski architekt, który naszkicował zresztą większość kolonialnych budynków w mieście. Greenway przypłynął do Australii jako więzień, ale projektował tak genialne budynki, w łaknącej europejskiej architektury angielskiej kolonii, że wkrótce po przybyciu dostał „certyfikat wolnego człowieka”. Latarnia Macqarie kryje wiele sekretów i przypuszczam, wielu wciąż jeszcze nie znamy. Zaledwie dwa lata temu odkryty został jeden z nich, w dodatku zupełnie przypadkiem.


Naukowcy z Uniwersytetu Macqarie - który notabene posiada ikonę tej latarni jako swoje uniwersyteckie godło - wysłali drona do zrobienia zdjęć latarni z perspektywy oceanu. Wykonanie takich zdjęć nie jest w inny sposób łatwe, ponieważ pod latarnią ciągną się conajmniej pięćdziesięciometrowe, drapieżne ściany skalne. Naukowcy przecierali oczy ze zdumienia, kiedy na zdjęciach z 2018 roku zobaczyli na ścianie skalnej niewielki otwór w skale, przypominający drzwi. Jak się okazało było to wejście do tunelu z czasów II Wojny Światowej. Dochodzenie wykazało, że tunel nie prowadzi do latarni i jego dojście już nie istnieje. Kiedy wiadomość przeciekła do telewizji, naukowcy z Sydney University oświadczyli, że już od dawna wiedzieli o tunelu i wykorzystywali go do eksperymentów. Doszło jednak do kradzieży cennych narzędzi i materiałów, czego konsekwencją było zawieszenie prac w tunelu. Czego wciąż o tunelu nie wiemy? Być może przyszłość odsłoni kolejne strony tej historii. Tymczasem leżenie - nawet z usztywnioną, pokiereszowaną nogą o zerwanych ścięgnach - w jej majestatycznym cieniu, sprzyja snuciu nieskończonych możliwości jej zakończeń...


PS Koniecznie zobaczcie ostatnie zdjęcie.

[Zdjęcie z drona: Macqarie University]



18 wyświetleń0 komentarzy
  • Zaneta Branch


Jeżeli kiedykolwiek będąc w Sydney, pomyśleliście sobie, że chwila odpoczynku na ławce w parku po zmroku to dobry pomysł, to na pewno wiecie, że mamy tutaj problem ze szczurami. Jak się okazuje, nie tylko pająki, węże i ogromne karaluchy (które potrafią latać), ale również pospolite szczury, mogą wywołać niekontrolowany krzyk w ciemnościach sydnejskich parków miejskich. Okazuje się również, że podobno przypada tu 200 szczurów na każdego mieszkańca! W dodatku, w ostatnich miesiącach, liczba szczurów w mieście znacznie rośnie, a wszystko to za sprawą „bohatera” roku 2020 - koronawirusa. Pandemia znacząco ogranicza bowiem dostępność żywności dla miliardowej populacji naszych miejskich gryzoni, a te w panice rozmnażają się jeszcze bardziej ochoczo. Pracownicy zajmujący się łapaniem szczurów, w marcu złapali ich dwukrotnie więcej niż w lutym. Choć szczury poszukują pożywienia w nocy, w ostatnich tygodniach podobno łatwo je wypatrzeć na ulicach miasta również w dzień. Ponieważ jednak nie mogą już żerować na śmieciach z odpadkami wyrzucanych co noc przez pracowników restauracji, szczury przenoszą się ostatnio na obszary dzielnic mieszkalnych.


Szczury są z nami w Sydney od dawna, po raz pierwszy bowiem wylądowały tu na europejskich statkach, prawdopodobnie wraz z przybyciem Pierwszej Floty w 1788 roku. Kiedy Sydney opanowała pandemia dżumy, która rozprzestrzeniała się przez pchły, które zarażały szczury, a następnie ludzi, gryzonie z długimi ogonkami - jako nosiciele groźnej choroby - okazały się wrogiem publicznym numer jeden. Liczba zgonów w Australii w czasie pandemii dżumy była stosunkowo niewielka dzięki izolacji kontynentu od reszty świata, jak również skoordynowanej pracy pracowników służby medycznej i rządu. Pierwszym przypadkiem zgłoszonym w Australii był Arthur Paine w dniu 19 stycznia 1900 roku. Był on dostawcą, który pracował w Central Wharf, gdzie zacumował statek z Azji, przewożący zainfekowane szczury. Do końca lutego zgłoszono 30 przypadków, co zaniepokoiło rząd, na tyle, aby wprowadzić trzyetapowy plan kontrolowania choroby w Australii. Po pierwsze, transportowano zainfekowane osoby jak i każdego, z kim mogły mieć kontakt, na miejsce kwarantanny w North Head (przy okazji polecam wizytę w tych okolicach, można pospacerować tam po cmentarzu ofiar dżumy, a widoki na ogromne fale rozbijające się o monumentalne ściany skalne robią niesamowite wrażenie). Po drugie skupiono się na intensywnym czyszczeniu, a w niektórych przypadkach nawet wyburzaniu części śródmieścia. Dodatkowo, przeznaczono środki na program eksterminacji szczurów. Rząd zapłacił dwa pensy za każdego zabitego szczura, dostarczonego do spalarni na Bathurst Street. Ostatecznie zabitych zostało ponad 100.000 szczurów.


Największe polowania odbywały się w dzielnicy The Rocks, która okazała się dla szczurów prawdziwym rajem. Był to wówczas najbrudniejszy kawałek miasta, (tymczasem dziś małe domy w tej dzielnicy kosztują kilka milionów dolarów), który nie posiadał jeszcze systemu kanalizacyjnego. Ludzie wylewali więc wiadrami nieczystości z balkonów prosto na chodniki. Jedną z najważniejszych umiejętności dla spacerowicza w Sydney w ówczesnych czasach było błyskawiczne odskakiwanie na bok, kiedy tylko słychać było odgłos otwieranych okien lub drzwi balkonowych. Był to bowiem niewątpliwy znak, że spacer może zakończyć się śmierdzącą niespodzianką...



[Zdjęcie: https://commons.m.wikimedia.org/.../File:The_rat_catchers...]

32 wyświetlenia0 komentarzy