• Zaneta Branch

Fioletowy listopad



Chyba każdy kto mieszka w Australii, ma zapisaną w pamięci, związaną z nimi historię, może jakiś krótki moment, może miejsce. Mnie zawsze przypominają o moich pierwszych dniach w Australii. Była pełnia sezonu kwitnących dżakarand. Z rozmachem malowały całe miasto na fioletowo i pachniały obłędnie. To było 13 lat temu.


Zaraz po wylądowaniu w Sydney, zamieszkałyśmy w domu na wzgórzu w dzielnicy Tempe. Na pierwszą wycieczkę wybrałyśmy się oczywiście pod Operę. Pływałyśmy promem. Niezwykle przystojny kapitan zaprosił nas do kabiny i pozwolił sterować sydnejskim promem w samym centrum, zatłoczonej statkami rozmaitej wielkości, zatoki [sic!]. To musiał być znak szalonej przygody, którą właśnie wówczas rozpoczęłyśmy na drugim końcu świata. Przed pożegnaniem wsunął mi w rękę małą kartkę z numerem telefonu. Spieczone bezlitosnym słońcem ramiona zaczęły piec dopiero po przebudzeniu następnego ranka. To wtedy dowiedziałyśmy się, że filtr +30 w Australii nie przejdzie. Tego samego dnia przy stacji Central szukałyśmy autobusu na Bondi. Jakiś nieznajomy zaczepił nas i zapytał, czy może nam w czymś pomóc, po czym wytłumaczył, gdzie znajdziemy odpowiedni przystanek. To było pierwsze spotkanie z australijską otwartością i życzliwością, która wtedy jeszcze wydawała nam się albo podejrzana albo fałszywa. Pamiętam jak kupowałyśmy bilety, prosząc o jeden na „Bondi” (nie wiedziałyśmy jeszcze, że wymawia się „bon-daj”). Zresztą prawie nikogo nie rozumiałyśmy . Australijski angielski okazał się jakimś totalnie niezrozumiałym, szumiącym bełkotem, który nie miał nic wspólnego z angielskim, którego uczyła nas sorka w liceum. Bajecznie fioletowe dżakarandy kwitły wtedy wszędzie. Byłyśmy nimi z Magdą zachwycone, bo nigdy wcześniej ich nie widziałyśmy. Nie mogłyśmy uwierzyć, jak piękne jest ubrane na fioletowo Sydney - nasz nowy dom.



Co roku o tej porze, spadające z nieba fioletowe płatki, przypominają mi o moich początkach w Australii i jeszcze bardziej pielęgnują we mnie wdzięczność za to, co mam i za to, co przeżyłam oraz świadomość własnej siły i wytrwałości. Dopiero dziś widzę jak niesamowicie byłyśmy z Magdą odważne. Co roku słodko pachnące kwiaty dżakarandy przypominają mi również o przyjaźni. Ta prawdziwa - i nie ważne jak banalnie to brzmi - trwa wiecznie.

Choć dla każdego Australijczyka dżakaranda jest niczym dąb lub brzoza z popękaną korą dla Polaka, okazuje się, że drzewo to wcale nie jest rodzime dla Australii - pochodzi bowiem z Argentyny. Skąd więc wzięły się w odległej Australii i przyjęły niczym drzewa rodzime? Według dr Russella Barretta z Królewskiego Ogrodu Botanicznego w Sydney, pierwsze dżakarandy najpierw przybyły do Brisbane. Podobno pierwsze nasiona przywieźli w celach handlowych kapitanowie statków z Argentyny. Dyrektor Ogrodu Botanicznego w Brisbane, Walter Hill, przyniósł kilka nasion od kapitana statku i zasadził je w ogrodzie miejskim w 1864 roku. Stamtąd szybko dotarły do ​​Sydney.



Kiedy zobaczyłam pierwsze kwitnące w tym sezonie dżakarandy w okolicach Opery, od razu wyświetliły się przed moimi oczami upalne dni z 2007 roku i dwie dziewczyny z gładką cerą i odwagą, o której posiadaniu jeszcze wtedy nie wiedziały. Dzisiaj wybrałam się na najsłynniejszą o tej porze roku w Sydney ulicę na północ od Sydney Harbour Bridge. Gałęzie dżakarand uginały się pod ciężarem niezliczonych fioletowych kwiatów.

A z czym Wam kojarzą się dżakarandy?

316 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie