Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

TWÓJ PIERWSZY DZIEŃ W SYDNEY/oparte na niedawno obudzonych wspomnieniach sprzed ponad ośmiu lat/

08/11/2016

Po dwudziestoczterogodzinnej - w najlepszym wypadku - podróży, dolecisz umęczony, ale jakże podekscytowany, do Sydney. Dosłownie wyskoczysz z samolotu, żeby jak najszybciej na własne oczy zobaczyć ten raj, o którym marzyłeś tak długo.

 

Pobiegniesz zobaczyć Operę, zrobisz fotki z Harbour Bridge w tle, a potem pójdziesz na spacer po "starówce" Sydney - The Rocks. Odetchniesz z dumą, że największe atrakcje już "zaliczone". Fotki na fejsa i lecisz dalej. Wskoczysz na "ferry" i pomyślisz, że chcesz mieszkać na północnej stronie miasta tylko po to, żeby codziennie płynąć promem do pracy i widzieć Operę, dumnie wyłaniającą się zza horyzontu. Ogrom, piękno i klimat zatoki urzekną Cię na zawsze.

 

Kupisz sobie taniego burgera i frytki, ale przy pierwszym gryzie - nagle - zupełnie z nikąd, podleci szaleńczo rozpędzona mewa i odgryzie Ci kawałek. Stracisz apetyt, ale też odetchniesz z ulgą, że miała dobrego cela i nadal masz dwoje oczu. Odtąd nie będziesz już jadał nad zatoką.

 

Następnie udasz się na spacer po City, tak zwanym CBD czyli Central Business District. 

Poczujesz zapach wielkiego miasta. Będziesz chodzić z szyją wygięta do tyłu i podziwiać nowoczesną architekturę przeplataną budynkami z początku poprzedniego wieku.

 

Ucieszysz się jak głupi, gdy zobaczysz, że porcję sushi można tu kupić za $2,60. Entuzjazm ochłonie jednak gdy poprosisz o butelkę wody, a pani w sklepie powie "Five dollars please". Szybko przeliczysz na złotówki i pomyślisz "napije się już w domu". Ceny będziesz skrupulatnie analizować przez parę tygodni lub nawet miesięcy, ale później Ci przejdzie. Zrozumiesz, że ceny są proporcjonalne do zarobków i że przeliczanie jest totalnie bez sensu. 

 

Przejdziesz się, a raczej przepchniesz się, przez Pitt Street. Na pewno zatrzymasz się żeby podziwiać lokalnych artystów, począwszy od tych malujących nieziemskie obrazki kredą na chodniku, poprzez Chińczyków grających na "instrumentach", które sami zmontowali ze starych sztućców, tudzież narzędzi do naprawy samochodów. Natkniesz się na atrakcyjnego Pana rozdającego darmowe red bulle, weźmiesz jednego, no dobra weźmiesz kilka, bo się przecież przydadzą na walkę z jet-lagiem. 

 

Będziesz się gapić na drzewa, ich rozmiar od razu przyciągnie Twoją uwagę. Jeśli przylecisz w porze wiosny, na kolana powalą Cię mega fioletowe, cudne drzewa Jacaranda. Jeżeli w porze letniej - będziesz zbierać z chodnika kwiatki Frangipani i robić selfie z takowym przy uchu, (oczywiście jeśli jesteś dziewczyną lub po prostu bardzo lubisz kwiatki). 

 

Co krok coś Cię zaskoczy. Zobaczysz policjantów patrolujących ulice na koniach. Na George Street wypatrzysz wszystkie narodowości świata w przeciągu 4 minut. Wypijesz swoją pierwszą w Australii kawę i od razu będziesz chciał zamówić drugą.

Będziesz się zachwycać. Poczujesz się szczęśliwy, że jesteś w tym miejscu, bo w końcu sam dotkniesz, zasmakujesz i poczujesz jego piękno. 

 

Napawaj się tą ekscytacją zanim nieuchronnie zacznie pojawiać się stres związany z szukaniem pracy, mieszkania, płaceniem za wizę. Naładuj baterie, chłoń tę energię, wypełnij się nią, żeby dodawała Ci sił, kiedy emigracja okaże się bolesna. Prędzej czy później taka się właśnie okaże. Będzie wyciskać łzy. Jeżeli jednak kochasz to, co widzisz, pracuj ciężko, wyznacz cel i nie spocznij dopóki go nie osiągniesz. Teraz już wiesz na pewno, że warto.

 

*Wirtualna piąteczka dla nowo poznanych Moniki i Magdy. Popijając wspólnie piwko, przypomniały mi bowiem swoimi aktualnymi rozterkami o moich skromnych początkach w Australii. Dziewczyny jesteście fantastyczne, "the world is your oyster"!

 

 

 

 

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: