Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

"WAKACJE" WE CZWÓRKĘ

22/11/2016

"Polećmy na wakacje z dziećmi, odpoczniemy sobie." - powiedziałam pewnego wieczora do męża, po czym głośno się roześmialiśmy. Śmiech ucichł dopiero po dobrych 10. minutach. Już wtedy doskonale bowiem wiedzieliśmy, że te pierwsze wakacje we czwórkę będą inne niż wszystkie poprzednie. Nie wiedzieliśmy jeszcze jednak jak bardzo inne się okażą.

 

Samo zaplanowanie tych - ekspresowych, bo jedynie kilkudniowych wakacji - zajęło osiemnaście razy dłużej niż trwały same wakacje. O spakowaniu nie wspomnę. Musiałam przeskanować 4 szafy i 4 łóżka, spakować około 8 par butów, 150 sukienek, koralików, kapelusików, buteleczek, zabaweczek, naklejek, wycinanek i innych absolutnie niezbędnych, zwłaszcza dla mojej prawie trzylatki, rzeczy.

 

Gdy w końcu- w pocie czoła - zgromadziliśmy cały bagaż w jednym miejscu, spojrzeliśmy na siebie z mężem i tradycyjnie zaśmialiśmy się w głos. Jednocześnie zrobiło nam się głupio, założyliśmy ręce na biodra i zamiast po zwykłą taksówkę zadzwoniliśmy po maxi Taxi. Taksówkarz spojrzał, pobladł, mruknął po wietnamsku coś co brzmiało mi na odpowiednik najbardziej popularnego za granicą polskiego wyrażenia, chrząknął i zakasał rękawy.

...ledwo się zmieściliśmy.

 

Dwie duże walizki, walizka ze Świnką Peppą, plecak ze Świnką Peppą, dwa bagaże podręczne. Do tego 2 foteliki samochodowe, podwójny wózek, torba ze Świnką Peppą, łóżeczko przenośne dla Charlie, no i oczywiście sama Świnka Peppa, która nie pohańbiłaby się siedzeniem w plecaku. W sumie czasem czuję się tak, jakbym miała trzy córki. Peppę trzeba bowiem przeprosić jak niechcący się ją upuści, trzeba pogłaskać i pocałować, Peppa siada z nami przy stole do kolacji i myje z nami zęby. Czasem patrzę na Peppę i jestem pewna, że mruga oczami, hmmm.

 

Ale do rzeczy. Słowo "wakacje" ma w sobie moc, jakąś magię. Mimo iż wiedziałam, że wakacje z dziećmi to nie będą już wakacje jakie pamiętam sprzed lat, to jednak miałam taką maleńką, drżącą, mikroskopijną wręcz nadzieję, że trochę tych wakacji użyję.

 

Po 45. sekundach w taksówce w drodze na lotnisko czar jednak prysł, rozleciał się z hukiem, rozsypał na milion kawałeczków i zrozumiałam, że dzieci jednak nie odpuszczą. Nie skumały mojej wizji.

 

Jak się okazało, wyjątkowo nie przypadła im do gustu taksówka i postanowiły drzeć się w niebogłosy. Przydała się wiec szybko jedna z toreb - torba calusieńka poświęcona na przekąski dla dzieci. W ruch poszły - w celu natychmiastowego uciszenia krzyków, które zagłuszyłyby 5 koncertów w tym samym czasie na 5. różnych scenach podczas Openera w Gdyni - niezawodne ryżowe krakersy.

 

Tuż po nich zapodałam po bananie, a gdy już wyzbierałam skórki i kawałki, które im nie smakowały ze wszystkich zakamarków taksówki, zaserwowałam im małe ciasteczka w kształcie nikogo innego jak tylko samej Świnki Peppy. Szybko jednak poszły, sięgnęłam więc do torby po rekordzistę w ujarzmianiu rozwrzeszczanych małych osób, zwycięzcę nad zwycięzcami, małe niepozorne pomarszczone i wysuszone, a tak przemawiające do dzieci - rodzynki.

 

Jako doświadczona matka zawsze wsypuje je do wąskich niewygodnych pudełeczek z których można wyjmować po jednym rodzynku na raz, dzięki czemu na całe 7 minut w samochodzie zagościła słodka cisza. Miałam więc chwilę, żeby zastosować krótką relaksacyjną metodę oddechową, którą znalałam przypadkiem w internecie, gdy szukałam odpowiedzi pod hasłem "jak nie wylądować w psychiatryku będąc mamą dwójki małych dzieci", dzięki której nie wysiadłam z taksówki tam i wtedy.

 

Wchodzimy na pokład samolotu. Wszystkie oczy standardowo zwrócone są na nas, "żeby tylko nie siedzieli koło nas" czytam w myślach reszty pasażerów. Kilka osób ma dzisiaj pecha i siadamy koło nich, od razu bez ściemy, profilaktycznie zakładają na uszy słuchawki. Wiedzą co ich czeka, no i się nie pomylili. Lot upływa nam głównie na odpowiadaniu na pytanie "dlaczego" przeplatane rzucanymi jak zaklęcia "cicho", "nie dotykaj tego" i "zaraz będziemy na miejscu".

 

Zaklęcie zadziałało. Jesteśmy na miejscu. Idziemy na plażę. Kiedyś - kładłam się na ręczniku, smarowałam kremem i piłam drinka, leniwie przeglądając magazyn o niczym. Czasem podnosiłam wzrok, rozglądałam się, przewracałam się na plecy, ucinałam sobie małe drzemki i tak w kółko przez 3 godziny.

 

Dziś - wbiegam na plażę i w locie rzucam cały bagaż na piasek. Z trzech wielkich toreb wysypują się wszystkie absolutnie niezbędne rzeczy na plażę: klej, plastelina i takie tam. Bez słów, wzrokowo dogadujemy się z mężem, że ja wygrzebuje wiaderko piasku, które w 3 sekundy zdążyła niepostrzeżenie włożyć sobie do buzi mała Charlie, a on biegnie za Madie, która lubi trzymać nas w ciągłym stanie gotowości i dobiega już do oceanu.

 

Rodzicielstwo jest w istocie znakomitym przygotowaniem do wykonywania zawodów ekstremalnych, na przykład do pracy ze zwierzętami w klatkach w zoo. Każdego dnia, gdy staram się związać Madie włosy, czuję się bowiem tak, jakbym starała się ujarzmić wygłodniałego lwa. Zmiana pieluszki Charlie wygląda natomiast jak zapasy z rozwścieczonym krokodylem, rzucającym się na wszystkie strony, z siłą i zaparciem niespodziewanym po dziecku, które ma niecałe 14 miesięcy i niby takie delikatne, takie słodkie.

 

Hotel - kiedyś cudowna oaza spokoju, do której wpadałam po południu, żeby wybrać jakąś ładną kieckę na romantyczną kolację z mężem i spędzić pół godziny robiąc staranny makijaż i włosy. Dziś - kolejne pole kolejnej bitwy. Do hotelu wpadamy jedynie wtedy, gdy trzeba uzupełnić zapasy - gdy wszystkie ubrania zostały umorusane niewiadomo w czym i kiedy skończyły się rodzynki. Wizyty takie ograniczamy czasowo do minimum, jedna osoba pakuje torbę z pieluchami, a druga stara się okiełznać dwoje małych ludzi przeciwko pokojowi hotelowemu. Dwoje małych ludzie chce bowiem zniszczyć wszystko, od oczywistego telefonu stacjonarnego, przez - wiadomo - telewizor i wszystkie piloty do wszystkiego, kończywszy na zawartości lodówki z mini barem, która to kiedyś była ołtarzem w pokoju hotelowym, dziś co najwyżej chłodzi mleko które sobie odciągnęłam jak chciałam wypić drinka.

 

Wyjścia do restauracji na wakacjach bez dzieci to wolno popijane koktajle, wyszukane posiłki, przerwy między posiłkami, desery, zdjęcia, uśmiech i w ogóle "żyć nie umierać"!

 

Dziś natomiast wygląda to tak: wchodzimy do restauracji, od pierwszego kroku czujemy w powietrzu niechęć kelnerek, które widząc czteroosobową rodzinę, już mają przed oczyma wizję Armagedonu, czyli tego, co zaraz nastąpi. Jeszcze idąc do stolika skanujemy wzrokiem menu i od razu składamy zamówienie. Nigdy nie zamawiamy tego, na co mamy ochotę, ale to, co potencjalnie może smakować dziewczynkom w razie jeśli - co jest bardziej niż prawdopodobne - nie posmakuje im to, co dostaną. Wybieramy więc najbardziej nudne i beznadziejne dania, i z łezką w oku wspominamy pikantne tajskie na lunch i wyszukane owoce morza na kolację.

 

Staramy się okiełznać dzieci do momentu gdy zostanie nam przyniesione jedzenie.

Trwa więc standardowa bitwa rodzica z dzieckiem przeplatana kolejnymi zaklęciami z listy "Top 10": "nie dotykaj", "zostaw", "bo się skaleczysz", "oddaj". Pamiętam jak kiedyś mówiłam, że nigdy nie będę tak smucić swoim dzieciom, to było wtedy, gdy mówiłam też, że nie dam im ciastek i nie pozwolę oglądać telewizji.. Ach, cudowne lata nieświadomości przedrodzicielskiej!

Dostajemy jedzenie, dzieci wybierają sobie to, co ewentualnie mają ochotę zjeść z naszych talerzy, czyli jeden zielony groszek, kromkę chleba z czterema łyżkami masła i ewentualnie makaron, ale tylko, jeśli nie ma ani kropelki sosu, po czym my jemy resztki. Nie robimy już zdjęć posiłków na instagrama.

 

Po drugim kęsie dzieci mają już dosyć lunchu i chcą wyjść z restauracji. "Teraz!!!!" Na stół wjeżdżają więc ryżowe krakersy i tradycyjnie ratują sytuację kryzysową. Po co jeść łososia z sezonowymi warzywami jeśli można opierdzielić 4 ryżowe krakersy? W tym momencie już nam wszystko jedno, zjadamy wszystko z prędkością światła, wychodzimy. Odchodząc patrzę na nasz stolik z udawanym zakłopotaniem, a tak na prawdę z wielkim szczęściem, że choć raz to nie ja muszę to sprzątać, i znikam z pola widzenia kelnerek, uff.

 

Przez kilka kolejnych dni powtarzamy powyższy schemat, bitwa po bitwie, po czym poziom wyczerpania jest dziesięciokrotnie wyższy od sił witalnych, czas więc zakończyć wypoczynek stulecia.

 

Jesteśmy w domu, kładziemy dzieci spać, otwieramy wino i spędzamy wieczór w ciszy przed telewizorem. Długo nie rozmawiamy o następnych "wakacjach".

 

 

 

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: