Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

ŚWIĘTA WEDŁUG POLKI W AUSTRALII

21/12/2016

Święta w Australii i Święta w Polsce według mnie oprócz nazwy wiele wspólnego nie mają. Wszystko jest inne. W Polsce Mikołaj przyjeżdża na saniach zaprzężonych w renifery. W Australii wypływa z oceanu na desce surfingowej w krótkich spodenkach. W Polsce dzieci budują bałwany ze śniegu, w Australii co najwyżej z piasku. W Polsce masowo kupuje się w grudniu węgiel i ciepłe kurtki, a w Australii wiatraki i kremy do opalania. W Polsce rozgrzewamy się gorącym barszczykiem, a w Australii chłodzimy białym winem.

 

W Australii nie obchodzi się Wigilii, pierwszy dzień Świąt to Christmas Day a drugi - Boxing Day. Wśród australijskiej Polonii obchodzi się jednak Wigilię często całkiem tradycyjnie. I to nie tylko w małżeństwach polskich, ale również mieszanych. Australijczycy na prawdę kochają polską kuchnię, no może za wyjątkiem śledzi. W Sydney jest sporo polskich sklepów więc zaopatrzenie się w tradycyjne produkty nie jest problemem. Bardzo wielu Polaków zajmuje się również gotowaniem i pieczeniem polskich specjałów, można więc z łatwością kupić świeżutkie uszka, bigos czy makowca.

Polskie restauracje organizują wieczory wigilijne. Opłatek można dostać w polskich kościołach, ale najczęściej jest on wysyłany do nas przez kochane mamy z Polski. Choinki wyglądają tu bardzo podobnie jak w Polsce z tą różnicą, że żywe drzewka nie postoją zbyt długo w 30 stopniowych upałach.

 

W wigilię Świąt, przed pójściem spać, dzieci zostawiają dla Mikołaja ciasteczka i szklankę mleka oraz marchewki dla Rudolfa i pozostałych reniferów. W świąteczny poranek dzieci znajdują okruszki na talerzyku, pustą szklankę i prezenty pod choinką. Nasze dzieci mają szczęście, są bowiem obdarowywane prezentami po polsku na Wigilię jak i po australijsku - dzień później.

 

W pierwszy dzień Świąt na stołach australijskich królują owoce morza, głównie krewetki. Dzień wcześniej tradycją są zakupy na "fish market". Nie ma tu więc wielkich przygotowań tak jak w Polsce ponieważ większość rzeczy kupuje się gotowe. Jest też zdecydowanie za gorąco na długie gotowanie i jedzenie ciężkich potraw. Tradycyjnie jada się świąteczną szynkę, owoce morza i sałatki. Wśród deserów najbardziej popularna jest pavlova z kremem, świeżymi malinami, jagodami i sokiem marakui. Popularnym ciastem świątecznym jest Christmas pudding serwowany na ciepło z dodatkiem lodów.

Australijczyków łączy z Polakami miłość do alkoholu, nie brakuje go i w Święta.

 

Australijczycy najczęściej przynoszą z garażów dodatkowe przenośne lodówki tak zwane "eski" i wypełniają je lodem, żeby mieć wystarczająco zimnych "drinków" pod ręka. Lód jest na wagę złota. Można go kupić niemal w każdym sklepie. Na stacjach benzynowych stoją wielkie lodówki wypełnione workami z lodem. Podczas gdy w Polsce pije się trunki rozgrzewające - tu wrzucamy garściami kostki lodu do białego wina i pijemy bąbelki z mrożonymi truskawkami.

Na świątecznym stole w Australii nie może zabraknąć Christmas Crackers. Są to papierowe rolki w kształcie cukierków z niespodzianką w środku. Dwie osoby ciągną takie cudeńko, każdy w swoją stronę, i kto zostanie z dłuższą częścią po pęknięciu rolki, dostaje niespodziankę.

 

W pierwszy dzień Świąt nie może również zabraknąć "backyard cricket". Wszyscy idą do ogrodu albo miejskiego parku i grają w narodowy sport - krykiet. Tego dnia odbywa się również profesjonalna, bardzo ważna doroczna gra krykieta.

 

Drugi dzień Świąt to tak zwany Boxing Day, kiedy to ogromna większość oddaje się zakupom na największych w roku wyprzedażach.

 

Część Australijczyków spędza Święta w domach, część wyjeżdża na wakacje, a część idzie na plaże i relaksuje się przy świątecznym pikniku lub grillu czyli BBQ.

 

Okres świąteczny jest tu nazywany "silly season", czyli czasem zabaw i wygłupów. Grudzień obfituje bowiem w "christmas parties", które organizowane są przez wszystkie możliwe instytucje, począwszy od przedszkoli, a na wielkich korporacjach kończąc. Gdy parę lat temu pracowałam dla Merivale, czyli właściciela wielkiej sieci barów, klubów i restauracji w Sydney, co roku firma zabierała setki pracowników na całodniową imprezę na statku. Pływaliśmy po zatoce, cumując w co ciekawszych miejscach, żeby można było wyskoczyć ze statku i popływać w przerwie od picia koktajli. Były to imprezy o których mówiło się przez cały kolejny rok. Praca mojego męża wysyła co roku swoich pracowników z rodzinami na kilkudniowe sponsorowane wakacje, podczas których odbywa się impreza świąteczna. W czasie takiej imprezy organizowany jest tak zwany "Secret Santa" czyli Mikolajki. Pracodawcy traktują te imprezy bardzo poważnie, jest to poniekąd nagroda dla pracowników za cały rok pracy.

 

Australijczycy nie na darmo słyną ze swojego naturalnego luzu. Uwielbiają się na przykład przebierać, w grudniu w pubie obsłuży Cię więc barman ze świecącym czerwonym nosem renifera, a lekarz zbada Cię z czapką Mikołaja na głowie. Samochody i autobusy również dekorowane są łańcuchami, bombkami i innymi cudeńkami. Dekorowanie domów jest bardzo popularne, a niektóre swoim przepychem przyciągają setki gapiów każdego wieczoru. W okresie świątecznym organizowane są "carols by candlelight" czyli wspólne, plenerowe kolędowanie, najczęściej na miejskich placach i w parkach.

 

Przez kilka pierwszych lat mieszkania w Australii okres świąteczny był dla mnie czasem tęsknoty za domem rodzinnym, ale tęsknota ta była niemal równorzędna z ekscytacją obchodzenia Świąt inaczej, po australijsku. Cieszyło mnie poznawanie nowego. Ciekawiło mnie odkrywanie, że można inaczej i to tak bardzo inaczej. Podobało mi się. Świętowałam po australijsku. Dziś, po dziewięciu latach w Australii, chcę polskich świat. To co kiedyś egzotyczne, ekscytujące i nowe, spowszechniało. Zbladło. Dziś chce tego tradycyjnego, tego co znane i swojskie. Tego, co moje a nie nabyte.

 

Australijskie święta są fajne. Po prostu fajne. Jest świetna zabawa, jest gorąco, jest plaża, basen, szampan, krewetki, są wygłupy, prezenty, jest rodzina i są przyjaciele. Są grille, pikniki, wyprzedaże, imprezy.

 

Ale nie ma magii. Magia jest wtedy w Polsce. W spadających płatkach śniegu. W domowej krzątaninie. W starych, pięknych tradycjach. W zapachu świerku. W smaku suszonego prawdziwka. W ciepłym uścisku dłoni w mroźny dzień.

 

 

 

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: