Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

TYDZIEŃ Z ŻYCIA MATKI NIE IDEALNEJ

14/12/2016

Poniedziałek.

Wysprzątałam całą kuchnię podczas gdy dziewczynki zabawiały się sobą. To znaczy Madie sprawdzała czy da się wyrwać Charlie brwi. Charlie "zabawa" też się podobała więc nie interweniowałam. Kuchnia lśni a Charlie nadal ma brwi. Jest moc! Biorę dzieci za dom, napełniają wodą konewki i - choć kwiatki w ogrodzie też mamy - podlewają... siebie nawzajem. Ja wówczas nastawiam czternaste już dzisiaj pranie i szybko wieszam to, co suche. Składam, wieszam, piorę, powtarzam. Ubrania mamy czyste. Jest moc! Zakupy? Zrobione! Jest moc! Jedziemy na plac zabaw a potem do biblioteki. Dzieci zadowolone, wybawione i zmęczone. Jest moc! Ale nagle jest już 19.00, a ja nie zdążyłam ugotować kolacji...

 

Wtorek.

Mąż jeszcze jest chwilę w domu przed wyjściem do pracy więc pilnuje dzieci, a ja smażę mielone na rekord. Kroję, lepię, obtaczam, smażę. Kroję, lepię, obtaczam, smażę. Dwie michy kotletów w lodówce. Jest moc! Jedziemy na zajęcia dla dzieci, wracamy do domu, gotuję obiad, dzieci udają, że jedzą. Kończy się tym, że ja zjadam dwa obiady. Sprzątam po obiedzie. Posprzątane. Jest moc! Czas umyć łazienkę, Łazienka lśni. Jest moc! Za 2 tygodnie święta więc trzeba ogarnąć prezenty. Do sklepów z dziećmi pomiędzy 1 a 10 lat chodzić nie należy jeżeli dbamy o nasz wewnętrzny spokój, robię więc zakupy przez internet podczas gdy Charlie oddaje się swojemu hobby i ściąga z półek na podłogę wszystko, co się da, a Madie zachwyca się Świątecznym odcinkiem Świnki Peppy choć widziała go już co najmniej 18 razy. Zakupy świąteczne zrobione. Jest moc! Ale nagle jest już 19.00, a ja nie zdążyłam umyć podłogi...

 

Środa.

Z jenym okiem jeszcze zamkniętym i z kawą w ręku śmigam na mopie od samego rańca. Podłoga lśni. Jest moc! Ostatnio Madie znowu mówi więcej po angielsku więc maglujemy "uniwersytet trzylatka". Kolejna lekcja za nami, pies to już nie tylko "dog" i nie robi już tylko "woof woof" ale także "hau hau". Omijam strategicznie kartkę z kaczką, bo gdy szybko wymawia się "kwa, kwa, kwa", po angielsku brzmi to powiedzmy - kontrowersyjnie - w ustach dwulatki. Polski Madie podszlifowany. Jest moc! Zabawki, zabawki, wszędzie zabawki!!! "Dzieci, gra polega na tym, że trzeba sprawić, żeby wszystkie zabawki były niewidzialne!" No trzeba sobie jakoś radzić, prawda? Zabawki ogarnięte. Jest moc! Ale nagle jest już 19.00, a ja nie zdążyłam jeszcze wziąć prysznica...

 

Czwartek.

Śnię sobie słodko, że jadę samochodem, jest cisza, nikt nie krzyczy, czy to możliwe?? Spoglądam więc nerwowo w lusterko czy aby na pewno foteliki dzieci są puste? Tak - jestem sama! Jadę dalej i nawet trzymam obie ręce na kierownicy, bo nie muszę nikomu serwować rodzynków. I krakersów. I wody. I czapeczki. I chusteczki. I dinozaura z jajka niespodzianki. I tysiąca innych niezbędnych rzeczy podczas nawet najkrótszej przejażdżki samochodem. Jest bosko! Nagle z sypialni obok słyszę "Maaaaaa-mooooooo", wyskakuję więc z łóżka i biegnę, pędzę... prosto pod prysznic. Dzisiaj ja też biorę prysznic, nie odpuszczę! Jest moc! W samochodzie wszystkie kontrolki świecą się na czerwono od tygodnia, jedziemy do mechanika. Potem tankujemy na cały tydzień, żeby można było jeździć w kółko przez godzinę, gdy dzieci zasną na 5 minut przed dojechaniem do domu. Potem tylko zbieram 68 pustych kubków po kawie, wyjmuje garściami rodzynki z fotelików dzieci i gotowe! Auto ogarnięte. Jest moc! "Mam lekarza" po południu, wizyta kontrolna dla Charlie, pędzimy. Charlie zdrowa. Jest moc! Ale nagle jest już 19.00, a ja nie zdążyłam zrobić prania...

 

Piątek.

Jeszcze w piżamie - jazda do pralni. Wrzucam te ubrania i zastanawiam się, czy to może sąsiedzi mi swoich nie podrzucają! Przecież to się nigdy nie kończy! W końcu - zrobione, pranie ogarnięte na jakieś 48 godzin. Jest moc! Odkurzam, "nie Charlie, nie gryziemy kabla od odkurzacza!!". "Madie zejdź z odkurzacza, na nim się nie jeździ!" Podłogi odkurzone. Jest moc! Jedziemy na małą wycieczkę, co piątek jeździmy w nowe miejsce w Sydney w którym nigdy jeszcze nie byłyśmy. Jest cudnie, ja piję kawusię a dziewczynki zamawiają baby cinnos tylko po to, żeby zjeść marshmallows. Zwiedzamy, odkrywamy, uczymy się, robimy zdjęcia i przede wszystkim cieszymy się pięknym miejscem w którym mamy szczęście mieszkać. Jest moc! Ale nagle jest już 19.00, a ja nie zdążyłam dziś poczytać dzieciom książeczek...

 

Tak wygląda typowy tydzień z życia matki po angielsku nazywanej "stay at home mum". Bardzo trafnie zresztą nazwanej, bo jakby się chciało mieć zawsze wszystko ogarnięte, to trzeba by zostać w domu non stop i nigdy z niego nie wychodzić do momentu, gdy najmłodsze dziecko będzie miało jakieś 9 lat.

 

Kiedyś starałam się żeby wszystko było idealne. Tak bardzo się starałam, że sama zamieniłam się w zombie. Dziś odpuszczam. Dziś żongluję. Wiem, że aby przeżyć ten genialny choć trudny czas i jeszcze przy tym nie zwariować, należy zaakceptować, że ideały nie istnieją, że czasem można zjeść pizzę na kolację, że czasem bałagan jest OK, ze sterta prania może poczekać jeszcze jeden dzień, że dzieciństwo rządzi się swoimi prawami. Brat wysłał mi kiedyś w prezencie obrazek na ścianę do kuchni o treści "brudne naczynia mogą poczekać, ale życie nie". Patrzę na ten obrazek codziennie, łatwiej wtedy machnąć ręką na bałagan i poudawać ducha z prześcieradłem na głowie tylko po to, żeby usłyszeć głośny śmiech dziewczynek.

 

Dziś jest u nas większy luz, bo wiem, że albo ja jestem czysta albo chata albo dzieci, ale nigdy wszystko w tym samym czasie. Ale przede wszystkim wiem, że to nie jest wstyd! To

jest po prostu życie.

 

Matki idealne istnieją tylko na portalach społecznościowych, na pięknych profesjonalnie wykonanych zdjęciach, na których mama ma idealny makijaż, fryzurę prosto od fryzjera i płaski brzuch, a dziecko siedzi grzecznie przy stole i z uśmiechem zajada brokuły. Żadna matka tak na codzień nie wygląda. Żadne dziecko nie je dobrowolnie niczego co jest zielone, jeżeli nie są mu za to zaoferowane w zamian słodycze lub nieograniczony dostęp do telewizji. Dlatego nie warto się z nikim porównywać ani nikogo naśladować. Każda z nas jest najlepszą matką, jaką być potrafi w swój unikatowy i dlatego fantastyczny sposób.

Gdy tracę grunt pod nogami, lubię sobie przypominać moje ulubione powiedzenie:

 

"w życiu można mieć wszystko, ale nie w tym samym czasie".

 

 

Tags:

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: