Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

WIEŚ INSPIRUJE. NUDA JESZCZE BARDZIEJ. / Tyalgum Creek, Nowa Południowa Walia, listopad 2016/

21/01/2017

5.36 rano. Pustkowie gdzieś przy granicy Nowej Południowej Walii i słonecznego stanu Queensland. Budzę się. Patrzę na sufit - siedzi pająk. "Pająk czy dziura?" - doskonale znając odpowiedź - pytam się w myślach, po czym umawiam się sama ze sobą, że dziura. W imię przygody.

Otwieram oczy i zamiast sięgnąć po telefon, żeby czytać newsy na portalach społecznościowych - wychodzę na dwór. Pierwszy raz od wielu, wielu miesięcy nie obudziły mnie słodkie poranne głosiki moich dzieci.

Obudziła mnie tęsknota za wsią.

 

Wychodzę z domu, a tam sięgające ku niebu wierzchołki góry Mount Warning rozpływające się w gorących barwach cytryny, pomarańczy i maliny. Papugi obsiadły fioletowe gałęzie Jacarandy i skrzeczą niemiłosiernie. Gwar wiejski unosi się w powietrzu.

Intensywność dźwięków i barw połączona z porannym chłodem i wilgocią rosy na trawie, skutecznie budzi jednocześnie wszystkie zmysły. Świeżość powietrza i magia wschodu słońca energetyzuje mnie na cały dzień.

 

Patrzę. Oddycham. Myślę. Jestem.

 

Jestem typowym mieszczuchem, kocham życie w wielkich miastach, ale nie ma dla mnie nic piękniejszego od wakacji na wsi. Niestety dawno już tego nie robiliśmy. Postanowiłam więc, że będziemy regularnie zabierać dzieciaki na łono natury, choćby gdzieś rzut beretem od Sydney. Ważne, żeby były konie, świeże powietrze, motyle i łąki. Ja się wychowałam na łonie natury i pamiętam, jak dużo mi to dało. Moi rodzice kupili piękną działkę nad jeziorem niedaleko Chełma. Postawili na niej cudny drewniany domek i jeździliśmy tam na pełne dwa miesiące każdego roku. Mając 13 lat średnio cieszyłam się tymi wyjazdami, bo wolałam zostać w mieście i szlajać się wieczorami z koleżankami z osiedla, wspierając lokalny lubelski browar Perła i marząc o ucieczce z małego miasta. "Tam nie ma co robić!" - buntowałam się.

 

No właśnie, nie było "co robić" i dlatego człowiek "włączał" swoją wyobraźnię i szukał sobie zajęcia. Razem z całą ekipą znudzonych i zbuntowanych trzynastolatków rzucaliśmy kamieniami "kaczki" w jeziorze, pletliśmy wianki z koniczyny, budowaliśmy szałasy na najwyższych drzewach w lesie. Ba! Doiliśmy krowy! Montowaliśmy tratwy, robiliśmy wędki, zbieraliśmy chrust i rozpalaliśmy ogniska. Nie używaliśmy do zabawy gotowych produktów, wszystko robiliśmy sami przy użyciu jednego niezawodnego narzędzia - naszej wyobraźni.

 

Dziś dzieci są wręcz odurzane technologią i zabawkami, ale też atrakcjami, klasami i zajęciami wszelkiej maści. W krajach wysoko rozwiniętych żyjemy w przepychu, jesteśmy ciagle zabawiani, zatrzymujemy się dopiero tuż przed pójściem spać. A to właśnie dopiero, gdy zaczynamy się nudzić, staje się magia i nieświadomie wciskamy głęboko ukryty guzik z napisem "wyobraźnia". No bo przecież nie ma sensu jej używać, gdy mamy przed sobą gotowe rozwiązania, gdy wszystko jest nam podane na tacy.

Dopiero, gdy nie ma nic, budzi się nasza wrodzona ciekawość, która każe nam tworzyć. A cóż piękniejszego od procesu twórczego i skrobiącej mu marchewki satysfakcji i radości z jego odkryć?

"Dobrymi chęciami piekło wybrukowane" i obawiam się, że właśnie naszymi rodzicielskimi "dobrymi chęciami" wyrządzamy naszym maluchom krzywdę. Boję się, że od paru lat rośnie nam pokolenie mało myślących robotów, które będą szalenie sprawnie rozwiązywać problemy i żonglować rozmaitymi zadaniami, ale same nie stworzą niczego.

 

Dziś jestem wdzięczna moim rodzicom za to, że stworzyli dla mnie i moich braci warunki do tego, aby budzić, rozwijać i pobudzać naszą kreatywność.

 

Nie wiem na pewno dlaczego, ale za każdym razem gdy Madie mówi, że jej się nudzi, totalnie bezmyślnie podaję jej na tacy milion różnych opcji jak tę nudę pokonać. "Może polepisz z plasteliny? A może pobawisz się lalkami? Co powiesz na kolorowanki? Skończyłaś już tę wierzę z klocków?" - zagaduje ją z uporem maniaka za każdym razem. Pewnie robię tak po trochu, bo robi tak większość rodziców i bezmyślnie powtarzam stereotyp. No i pewnie też dlatego, że mam wyrzuty sumienia, że biedne dziecko się nudzi, bo ja muszę jednocześnie zajmować się i nią i jej młodszą siostrą. Tak czy siak, daje jej gotowe pomysły, przez co od razu na samym starcie zamykam jej możliwość bycia kreatywną.

Następnym razem, gdy usłyszę od Madie "Im bored", ugryzę się w język i z wielką satysfakcją - nie zrobię nic.

 

Dlatego właśnie zaczynamy regularne wypady na wieś, żeby moje dziewczyny mogły tę wyobraźnię rozwijać, żeby stawały się kreatywne i myślały "outside the box". Porzucamy miasto na weekendy po to, żeby dIewczyny potrafiły zrobić coś z niczego a przy okazji będziemy wzbudzać w nich poczucie piękna i miłość do natury. Cykl "zwiedzamy wsie Nowej Południowej Walii" uważam za otwarty. Pająki nam nie straszne. Jedziemy się nudzić.

 

Patrzę. Oddycham. Myślę. Jestem.

 

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: