Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

MÓJ 2016

30/01/2017

 Zaczął się w egzotycznym, gorącym i wilgotnym Brisbane. W mieście, w którym przez cały rok chodzi się w japonkach, mango wcina się jak jabłka, a temperatura spada poniżej 20 stopni Celsjusza jedynie pare razy w roku.Był wtedy środek lata więc pot lał się z człowieka non stop. Mimo że w domu miałam klimatyzację, wystarczyło z niego wyjść i posadzić obie dziewczynki w fotelikach w samochodzie, żeby wyglądać jakby się właśnie wyszło spod prysznica.

 

Zaczął się bardzo spokojnie. Bez fajerwerków. Mała Charlie miała zaledwie kilka tygodni i wciąż większość czasu spędzała pijąc mamie mleczko. Poznawałyśmy się. Powoli Charlie zaczęła pokazywać swoją słodką i spokojną naturę, w której zakochują się wciąż wszyscy w koło. Każdy kto poznał Charlie wie, że wielka z niej "przytulaszczka". Jak przytuli to nie puści. Typowy miś koala. Madie miała wówczas trochę ponad półtora roku i zaczynała poznawać życie od nowa - życie starszej siostry z całym bagażem nowych obowiązków i zasad, ale też przywilejów. Lionel został ojcem pełną gębą. Teraz ma już 3 baby w domu. Wie, że już na zawsze będzie mniejszością. Bycie ojcem to dla niego ważna sprawa, dziewczynki mają super tatę. Ja zostałam mamą, znowu! Tak właśnie zacząć się rok 2016.

 

Dni upływały nam w miarę spokojnie. Wiele z nich było bardzo do siebie podobnych. Zdarzało się, że było ciężko, czasem bardzo. Żonglowanie dwóch totalnie różnych rutyn wymaga dobrego zorganizowania, sił i wytrwałości. Bywały dni, kiedy jedyne co robiłam to kładłam dzieci na drzemki, a w przerwach karmiłam i zmieniałam pieluchy. Nic poza tym. No poza parzeniem kawy. Parzyłam dużo kawy. Były miesiące, kiedy ich drzemek nijak zsynchronizować się nie dało. Kładłam wówczas Madie na drzemkę o 9 rano, potem karmiłam piersią Charlie, zmieniałam jej pieluszkę i jak w końcu udało mi się ją położyć spać, budziła się Madie. Pół godziny później budziła się Charlie. I tak w kółko. Dzień po dniu. Tydzień po tygodniu. Taka rutyna daje w kość. Na prawdę można się wypalić. Zwłaszcza gdy nie ma się w koło rodziny, która może czasem wpaść z odsieczą.


Obie dziewczynki były poniżej drugiego roku życia. Obie wymagały stałej opieki, każdej godziny. Każdej minuty. Dobrze, że ten etap jest już za mną. Z drugiej strony jednak doceniam tamten czas, była to dla mnie ważna lekcja. Teraz wiem, że mogę wszystko. Brzmi banalnie, ale tak się właśnie czuję. Nigdy nie byłam bardziej pewna swojej siły.

 

Któregoś dnia w trakcie karmienia Charlie i huśtania Madie na huśtawce za domem zadzwoniła do mnie Pani Julia i tak właśnie zaczęła się moja przygoda z Polską Szkołą w Brisbane. Praca w szkole sobotniej okazała się dla mnie idealnym elementem wprowadzającym równowagę w moim życiu. W tygodniu mogłam oderwać się czasem od domowych obowiązków i napisać konspekt lekcji, a w sobotę mogłam porzucić dres na rzecz fajnej kiecki i wyskoczyć na pół dnia, żeby robić coś fajnego z ekipą bardzo sympatycznych ludzi.

Wkrótce okazało się, że Madie jest gotowa żeby wyjść poza bezpieczne i znane środowisko domowe i zacząć przedszkole. To ogromny krok dla każdego dziecka, ale również dla każdego rodzica. Nie jestem pewna kto płakał więcej tego pierwszego dnia. Spędziłyśmy razem całe 2 lata non stop. Każde śniadanie razem, każdy spacer, w samochodzie zawsze razem, kąpiel i kolacja też. Nagle zostałyśmy rozdzielone na życzenie jednej ze stron. To był trudny czas, na szczęście jednak decyzja okazała się świetna. Madie odnalazła się w środowisku przedszkolnym fantastycznie, a moje życie znowu odzyskało kolejny procent równowagi.

 

Któregoś dnia mąż wrócił z pracy i powiedział, że ma ważną wiadomość. Dostał świetną propozycję pracy. Ucieszyłam się i przybiłam mu piątkę. "In Sydney" - nieśmiało dodał po chwili. Rzuciłam mu się na szyję. Następnego dnia zaczęłam gromadzić pudła potrzebne do spakowania trzypokojowego domu z ogrodem i garażem. Przez kolejne tygodnie zajmowałam się dziećmi jak zwykle, a gdy dzieci spały - pakowałam. Nadszedł czas pożegnań. Maja z polskiej szkoły narysowała dla mnie laurkę z historyjką "na do widzenia". Od koleżanek i kolegów ze szkoły dostałam bransoletkę z koniczynką na szczęście. Do tej pory mi je przynosi. Gdy piłam ostatnią kawę w Carindale z Asią i Sabiną, łza kręciła się w oku.

 

Miesiąc od podjęcia decyzji o przeprowadzce, podjechała pod nasz dom ogromna ciężarówka i dwóch sympatycznych panów przeniosło do niej nasz dom i zawiozło wszystko prosto do miasta, w którym nasze serca już były. Sprzedaliśmy jeden samochód, wsiedliśmy we czwórkę w drugi i przez kilka dni zwiedzaliśmy cudowne wschodnie wybrzeże Australii. Choć jechałam tą trasą chyba po raz piętnasty, znowu zachwycała i przypuszczam, że nigdy nie przestanie.


Zatrzymaliśmy się w paru miejscach po drodze i w niedziele rano podjechaliśmy pod nasz nowy adres. Five Dock okazało się dla nas doskonałym wyborem. Dzielnica spokojna, ale nie nudna, pełna włoskich delikatesów i świetnych parków.

Po 15 miesiącach wróciliśmy do Sydney. Teraz doceniamy je bardziej, bo pamiętamy jak nam go brakowało. Jeździmy więc w miejsca, w których kiedyś już byliśmy i odkrywamy je na nowo. Tym razem w poszerzonym, solidnym, czteroosobowym gronie. Dziś miejsca te okazują się jeszcze fajniejsze bo "Happiness is only real when shared"(z filmu "Into the Wild") a dziś mamy się z kim naszym szczęściem dzielić.

 

Od lat powtarzałam do znudzenia, że muszę w końcu zacząć pisać bloga. No i w końcu zaczęłam. Po latach mieszkania w Australii, jakoś tak z dnia na dzień wszystko spowszechniało i przestało mnie zachwycać. Przywykłam do tego australijskiego życia i przestałam doceniać małe rzeczy. A przecież wiem bardzo dobrze, że to właśnie małe rzeczy liczą się w życiu najbardziej. Prowadzenie bloga obudziło moją ciekawość, która już sobie gdzieś tam spokojnie drzemała. Pisanie dało mi kopa, żeby nie leżeć bezmyślnie plackiem na plaży, ale zostawić tam na chwilę dzieci z mężem, a samej wspiąć się na najwyższe skały przy plaży i zrobić to jedno zdjęcie i wchłonąć "ten" widok. Pisanie dało mi równowagę.

 

Tak, to właśnie równowaga jest dla mnie kluczem. To równowaga jest zawsze moim białym królikiem, którego gonię z językiem na brodzie i z iskrą w oku. W zgiełku życia codziennego, w wirze macierzyństwa, w rozdarciu emigrantki, tylko to jedno nas uratuje - równowaga. Balans.

 

Życzę więc wszystkim, aby rok 2017 był rokiem zbalansowanym. Abyście mieli czas nie tylko na pracę i czas dla najbliższych, ale też na rozrywkę i przyjaciół, na małe przyjemności i na chwile lenistwa. Na dbanie o ciało. Na dbanie o ducha. Dużo, dużo balansu!

 

2016 - będę Cię dobrze wspominać.

 

 

 

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: