Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

Dziecko i zupa

13/04/2017

Od trzech lat marzyłam o tym, żeby moje dzieci jadły zupy, bo myślę, że nie ma dla nich nic lepszego. Moja mama gotowała dla nas najlepsze zupy na świecie. Te ogórkowe z chlebkiem ze smalcem, pomidorowe i barszczyk z botwinki z jajeczkiem, to smaki mojego dzieciństwa.

No a gdy latem mama zrywała w ogrodzie wiśnie prosto z drzewa i robiła dla nas wiśniówkę z makaronem, to za każdym razem myślałam sobie jaką to ja mam mega fajną mamę. Czasem przeginała i robiła szczawiową, ale szybko jej wybaczyłam, gdy chwilę później "na drugie" na stół wjeżdżał aromatyczny mielony z buraczkami na gorąco i słodki kompot z moreli.

 

Zupa była podstawą codziennego obiadu. No i tak bym chciała, żeby moje dziewczynki też polubiły zupy. Więc kupuje to organiczne marchewki, kroję te warzywa przez pół dnia, gotuje najlepsze mięsko, dodaje świeże zioła i całkiem sporo serca, w końcu niosę do stołu talerze pełne tej aromatycznej dobroci i z dumą podsuwam je pod nadąsane buźki.

 

Tymczasem Madie patrzy na zupę. Patrzy na mnie. Znowu patrzy na zupę. Wstaje, podnosi talerz i bez mrugnięcia okiem wylewa cały talerz zupy na podłogę.

 

Ale to nie koniec. Charlie, jak na młodszą siostrę przystało, łapie za talerz i robi to samo. Umieram troszeczkę w środku.

Podejście z zupą numer 2 skończyło się tak samo. Umarłam wtedy mniej, bo byłam na to poniekąd gotowa po naszym pierwszym niezapomnianym spotkaniu z zupą.

 

Przeszłyśmy następnie przez okres długich rozmów i mozolnego tłumaczenia, dlaczego nie wylewamy zupy na podłogę i za trzecim razem już zupy nie wylały, ale też jej nie tknęły. Klasyczny foch pod tytułem "Rób co chcesz, a ja i tak tego nie zjem".

 

Gotowałam jednak te zupy raz w tygodniu licząc na to, że pewnego dnia stanie się cud.

 

No i dzisiaj cud się zdarzył. Obie zjadły po talerzu zupy, po czym poprosiły o więcej. Skończyło się na tym, że zjadły cały garnek zupy, który był przewidziany dla naszej czwórki. Lionel pojechał więc właśnie po kebaby (także w sumie nie ma tego złego).

 

Nie wiem jednak co sprawiło ten cud. Może to, że powiedziałam Madie, że jak będzie jadła dużo zupy to będzie tak duża jak mama i wtedy będę mogła pożyczać jej mój make up. Wspomniałam też o moim samochodzie i butach. Każda motywacja jest dobra, tak?

Ale wracając do zupy. Siedziałam dzisiaj przy tym miniaturowym stoliku z Ikei z dziewczynkami i patrzyłam jak jedzą tę zupę, no i myślałam, że się ze szczęścia popłacze. Po trzech latach porażek w końcu się udało.

 

Jedzą zupę, Alleluja!!

 

Siedzą na krzesłach, nikt nikomu nie wsadza łyżki w oko, nikt nikogo nie rzuca ziemniakiem, nawet mi się niczym nie oberwało. Normalnie siedzą i patrzą w tę zupę i tę zupę jedzą. A ja patrzę na nie, to na jedną, to na drugą i czuję się zajebiście.

 

Ludzie marzą o nowych samochodach, którymi później można się pochwalić na fejsie. Dziewczyny marzą o plastikowych cyckach, a łysi o bujnej czuprynie. Zamartwiamy się na co dzień kredytami w bankach, klniemy na polityków i biadolimy na jakość powietrza.

 

Tymczasem matka marzy tylko o tym, żeby to dziecko zjadło ten talerz zupy. I jak już to dziecko zje ten talerz

zupy, daje jej to większą radość i większą satysfakcję niż nie jeden dzień w pracy który pamięta, niż w gruncie rzeczy cokolwiek innego.

Takie trywialne i takie pospolite, a przynosi tak silne odczucia. To chyba jest to duńskie "Hygge". O takie momenty chodzi w życiu. O te małe, pozornie nieznaczące chwile, które w istocie dają nam takie zwykłe, czyste szczęście. Bez fajerwerków i bez okrzyków, ale za to pełne. I wypełniające. Przepełniające. Czyste szczęście.

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: