Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

Niczym chodzenie po linie

12/06/2017

Pierwszy tydzień w Polsce minął tak jak się spodziewałam - szybciej niż jedno leniwe mrugnięcie okiem. Spocone z pośpiechu
minuty prześcigały sekundy, a wyczerpane godziny - minuty. Było szybko, intensywnie, ale na szczęście również najzwyczajniej pięknie. Czas jednak na zmianę scenerii.

 

Jesteśmy w Chełmie. W moim rodzinnym mieście powitało mnie gęste jak smoła uczucie długiej nieobecności.
Na ulicach miasta co krok widzę apteki, ronda, truskawki w łubiankach za 6 złotych, aromatyczne i - jak krzyczą napisy - szalenie autentyczne kebaby. Ilość lodziarni prawdopodobnie przewyższa nawet liczbę mieszkańców całego miasta. Co krok mijam miejsca, w których kiedyś się z kimś śmiałam aż do przeszywającego bólu szczęki, w których ktoś mnie kiedyś obraził, pochwalił, przytulił, kopnął, pocałował jak się tylko całuje w młodości. Są ulice, które pamiętają moje dwa razy mniejsze niż dzisiaj stopy, są budynki pożółkłe od tych wszystkich wypalonych w ukryciu papierosów, są miejsca których kiedyś nie znosiłam, a które dziś wzbudzają sentyment. Okazuje się, że szare budynki, wydeptane trawniki i wyszczerbione jak szczęka starca krawężniki budzą w człowieku emocje, soczyste i pulchne niczym dojrzałe sierpniowe "węgierki". Śliwki Węgierki ma się rozumieć.

 

Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia.

 

Oddycham głęboko, nasłuchuję dźwięków ulicy wpadających uchylonymi balkonowymi drzwiami z dworu, słyszę Madie pląsającą na balkonie pod okiem swojej babci chichoczącej co chwilę z jej infantylnych, niewinnych, a tak w tej infantylności pięknych, niezgrabnych ruchów, zawadiackich półuśmieszków.

 

Jest TERAZ.

 

Dopiero przyleciałam do Polski i wiem, że zostajemy tu na jeszcze grubo ponad 2 miesiące. To dużo czasu żeby być, żeby czuć, żeby przeżywać. Wiem, że jest teraz, ale jednocześnie wiem, że zaraz będzie już po wszystkim. Wiem, że zaraz wpadnę w dziurę czasu i obudzę się na lotnisku -znowu rozdarta.

 

Boję się, że w tę dziurę czasową wpadnę i utonę w niej bezmyślnie. Już tak kiedyś bywało. A ja chcę żyć mocno tu i teraz i żyć każdym dniem. Ale jak żyć chwilą bez poczucia napięcia ciągłą wewnętrzną dyscypliną? Czy da się chwytać każdy moment i jednocześnie swobodnie i na luzie cieszyć się odpoczynkiem, czasem który powinien być wolny od wszelkich ram, końców, początków, numerów, ograniczeń i rutyn? W podróży życie zwalnia, jest jakby w zawieszeniu. To czas ucieczki od wszelkich trosk życia codziennego, obowiązków. Jak tego nie zepsuć ciągłym pulsującym pod skórą stresem przed uciekającym czasem?

 

Jestem osobą szalenie religijną. Moją religią jest balans w życiu. To balansowanie pomiędzy zaspokajaniem uczuć matczynych, pragnień niby-dojrzałej kobiety, zaspokajaniem potrzeb intelektualnych, fizycznych i duchowych nadaje mojemu życiu bieg. Chwytam łapczywie trochę tu, trochę tam i biegnę balansując na tej linii nad przepaścią, w której dole leżą niezmierzone czeluście wyczerpania i wypalenia.

 

Póki co będę więc balansować wewnętrzną dyscyplinę życia chwilą i życie wakacyjnym próżnym acz słodkim, tak mi nieznanym acz tak pożądanym, tak krytykowanym acz tak pielęgnowanym, zwyczajnym niezwyczajnym - świadomym leniuchowaniem, ,,nicnierobieniem''.

 

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: