Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

Kufer

14/06/2017

 

O tym kufrze słyszałam już nie jeden raz. Czasem, gdy późnym wieczorem sącząc wspólnie z mężem ciemno rubinowe Shiraz, opowiadał mi o swojej mamie, wspominał też ów kufer.

 

Teściowa uwielbiała kolekcjonować piękne, często stare rzeczy, które swymi niedoskonałościami i uszczerbkami opowiadały swoje niezwykłe historie. Odwiedzała z zachwytem sklepy ze starociami, w których zalatuje mieszanką stęchlizny, wspomnień i nostalgii, oglądała, dotykała, podziwiała i polowała na unikaty. Tak właśnie natrafiła na wspomniany kufer. Kupiła go bez wahania, postawiła w pokoju dziennym i używała jako stolika na kawę z mlekiem, popielniczkę i jej ukochany aparat fotograficzny. Po jej zbyt wczesnej śmierci wiedziałam, że kufer stanie się częścią naszego domu.

 

Kilka miesięcy później z dalekiej południowej Australii prosto pod nasz dom w Brisbane przywieziono ów kufer. Mąż na wpół dumnie a na wpół nostalgicznie wniósł go do domu i postawił na środku pokoju. Pomieszkiwała z nami wówczas moja mama, która przyleciała, żeby pomóc nam w bardzo intensywnym okresie naszego życia. Niedawno bowiem urodziła się Charlie, a Madie miała zaledwie półtora roku. Dom przepełniały nieustające popłakiwania dwukilogramowego szczęścia i nieokiełznany wachlarz emocji świeżo upieczonej starszej siostry.

 

Kufer zajął honorowe miejsce w domu. Patrzyliśmy na niego wszyscy w gęstym milczeniu, osnuci refleksją o przemijaniu i kruchości bytu przez dłuższy moment. Po chwili mama zażartowała, że pewnie w kufrze zadomowiły się już jakieś długonogie tudzież włochate stworzenia...

 

Tymczasem niebo w Brisbane pokryły gęste, ciemne chmury i do środka wkradł się zmrok. Poszliśmy spać. To znaczy wszyscy oprócz matek noworodków poszli spać, a matki noworodków kładły się na łóżku, zamykały oczy po to, żeby po pięciu minutach znowu je otworzyć i wstać do swojego wrzeszczącego szefa. Chrapanie dochodziło już ze wszystkich trzech sypialni, gdy Charlie obudziła się do pierwszego nocnego karmienia.

 

Maleństwo miało wtedy zaledwie kilka tygodni. W nocy wciąż budziło się co dwie godzinki i popijało mleczko mamusi przez dobre 40 minut. Siedziałam więc tak sobie niewyspana, ale tak mocno szczęśliwa z tą maleńką istotą znowu złączoną ze mną mocno. Bujam się delikatnie w fotelu, a Charlie spija to ciepłe mleczko, które usypia ją coraz bardziej z każdym kolejnym łykiem. Wybudza ją jedynie okazjonalne chrapanie zmęczonego ojca dwóch małych córek.

 

Patrzę w ciemność. Gęstą jak smoła ciemność nocy rozbijają jedynie drobne promienie księżyca wpadające przez okno. Nagle na ścianie tuż nad głową śpiącego męża widzę ciemniejszy punkt. Co to jest? Jakaś ciemna plama. Całkiem spora.

 

Zamykam lewe oko - plama nadal jest. Zamykam prawe oko - ciągle jest. Mrużę oczy - plama nie znika. Nieeeeeee, to nie może być to. To niemożliwe! Już z pół roku mieszkam w Brisbane i jeszcze nigdy ich tu nie widziałam. Ale co jeśli to ON? Zamknę oczy na chwilę, może z przemęczenia widzę jakieś plamki, które nawet nie istnieją. Zamykam oczy. Jeden... dwa... trzy... cztery... pięć. Otwieram oczy. Plama dalej jest.

 

Muszę wstać i podejść bliżej. Charlie zasypia mi już na cycku. Nie mogę ryzykować, że ją wybudzę, bo wtedy nie zaśnie przez kolejną godzinę. Wstaję. Muszę iść mega ostrożnie. Wstałam.

 

Jeden krok w stronę męża. Plama wciąż jest niewyraźna. Drugi krok. Nic lepiej. Charlie wciąż przyssana. Trzeci krok. Jestem bliżej, ale wciąż niewyraźnie. Szybkie dwa kroki w przód. O kur*a.

 

To ON.

 

Siedzi nieruchomo na ścianie tuż nad głową totalnie nieświadomego męża. Jego osiem długich, czarnych, szeroko rozpostartych nóg czule obejmuje ścianę. W każdej sekundzie gotowe są do ucieczki. Zamarłam.

 

Co robić? Jeśli zbudzę męża, on podniesie głowę i wystraszy pająka, który w sekundę zniknie gdzieś w ciemnościach, a ja z przerażenia już nigdy w życiu nie pójdę spać.

 

Zastygłam w rozkroku z Charlie wciąż spijającą mleko i z tym cyckiem rozciągniętym już do wysokości kolana. Stoję napięta jak struna, przerażona, ale skupiona. Nie oddycham, nie mrugam oczami. Obawiam się, że turbo szybkie walenie mojego serca jest tak głośne, że to ono zaraz wystraszy pająka.

 

Co robić?? Muszę przygotować broń, zbudzić męża i podać mu broń, żeby zdążył go ubić zanim ucieknie. Jest duży, jaka broń podoła? Ciapa, trzeba ciapa! Ale przecież my nie nosimy ciapów w Australii!! Żaneta ogarnij się!

 

Charlie wciąż przyssana, ja wciąż napięta. Pielucha, złapałam pieluchę. Uderzam męża delikatnie acz stanowczo gdzieś w okolice uda i jednym tchem - głośnym szeptem wyrzucam z siebie: "there's a huge as monster fu*king spider above your head!!! Kill it or I'm on the next fu*king plane to Poland!!!"

 

Mąż wystrzelił spod kołdry jak z procy. Rzucam mu pieluchę i biegnę w kierunku drzwi. Włączam światło. Teraz widzimy potwora w całej jego okazałości.

Ja w pisk. Charlie puściła biednego cycka i w pisk. Madie się obudziła i w pisk. Babcia w pisk. Fala strachu zalała cały dom.

 

Lionel spojrzał na huntsmana, spojrzał na pieluchę w ręku i zaśmiał się gorzko. Okaz był nie mały. Był w istocie ogromny, większy od mojej dłoni. I co gorsze, grubszy od mojej dłoni, która przy nim wygląda jak jakiś marny, żałosny wręcz suchar. To już bardziej przypomina mysz niż pająka znanego z polskiej pajęczyny.

 

"We may need something slightly bigger" - dodał mąż i chwycił z półki tomik Dzienników Gombrowicza. Wybacz Gombro. Następnego ranka kufer zamieszkał w garażu.

 

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: