Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

Jak to jest z tymi pająkami w Australii?

16/06/2017

 

Często pytacie mnie jak to jest z tymi pająkami. Opowiem Wam zatem o jednej z moich najbardziej pamiętnych z nimi przygód.

 

Był zimowy wieczór. Wróciłam z pracy i odpoczywałam na kanapie chichocząc przy "Two and a half man". Po godzinie do domu wróciła Magda i oddałyśmy się bez pamięci naszym wieczornym dyskusjom, poruszającym wszystkie nasze obecne perypetie, typu: "jak przeżyć zimę w Sydney bez centralnego ogrzewania?" i "Czy spanie na elektrycznym kocu oznacza, że nie wolno w łóżku pić wina?".

 

Na dworze robiło się coraz chłodniej i zapadał gęsty zmrok. Do domu wrócił mój - wówczas chłopak, a dziś - mąż i dołączył do naszej sarkastycznej acz wesołej kanapowej ekipy.

 

Przez szpary pod drzwiami typowego w Glebe starego domu, wlatywał chłód z dworu. Przeszły mnie dreszcze i poszłam do sypialni po bluzę. Otworzyłam drzwi sypialni i włączyłam światło z zamiarem wparowania do środka, jak to się na ogół wparowuje. Zanim jednak zdążyłam postawić pierwszy krok w sypialni, znieruchomiałam.

 

Czułam, że twarz mi blednie i robi mi się sucho w gardle, które po chwili ścisnęło się potwornie i zdołało z siebie wydać jedynie krótki acz przeszywający na wskroś pisk.

 

Oto właśnie ziścił się najgorszy koszmar największego arachnofoba. Horror nad horrorami.

 

Nadszedł ten dzień, gdy australijska legenda zdarzyła się na prawdę. W dodatku przydarzyła się mnie samej - osobie, która dostaje fizjologicznych reakcji na samą jedynie myśl o pająku.

 

Z sufitu całkiem pokaźnej rozmiarowo sypialni, na całej jej szerokości zwisały na cieniutkich niciach maleńkie pajączki. Były ich dziesiątki. Nie, były ich setki.

Wisiały na tych niciach i zjeżdżały sobie w dół wprost na moje wygodne koce i na Lionela poduszkę dla alergika. Niektóre już spadły i rozgaszczały się, a to w półotwartej szufladzie z moją bielizną, a to pluskając się beztrosko w filiżance z niedopitą wczorajszą herbatą.

 

Stałam jak by we mnie piorun strzelił i gapiłam się na tę scenę niczym z apokalipsy, aż tu nagle przyszło mi do głowy spostrzeżenie, że skądś się one musiały wziąć.

Że gdzieś musi być MATKA!

 

W jednym ułamku sekundy gardło magicznie się rozszerzyło i potęga pisku, jaki się z niego wydobył, do głębi przeraziła mnie samą. Widzę biegnąca w moim kierunku Magdę.

 

Ona już wie.


Ona zna wszystkie odcienie moich pisków doskonale.


Ona wie, co tam jest.

 

Biegnie, jednocześnie blednie i pyta, czy duży.

 

Kiwam głową jakby w zwolnionym tempie. Magda zwalnia i zagląda przez drzwi nieśmiało. "O ku*wa." - potwierdziła Magda.

 

Luźnym, nieśpiesznym australijskim krokiem podchodzi Lionel i pyta co to za piski. Pokazuję palcem na sufit. "Oh fu*k." - potwierdził za Magdą Lionel.

 

Wszedł do pokoju i nie bacząc na malutkie pajączki spadające mu na głowę tudzież wpadające do ucha, szukał matki. Wszyscy wiedzieliśmy, że będzie duża, ale to co pojawiło się na ścianie, to nie było po prostu duże.

 

To było wielkości mojej dłoni.


To było czarne.


To było kuźwa mięsiste. Grube. Duże. Brzydkie. Bardzo, bardzo, bardzo mięsiste.

 

Tej nocy spałam na podłodze w pokoju gościnnym. Przy zapalonym świetle. Przytulona do spraya na pająki. Z zatyczkami w uszach. Z modlitwą na ustach. Z zamiarem powrotu do Polski następnego dnia.

 

Tak było w 2008 roku, około roku po przylocie do Australii. Nadal chcecie więcej historii o moich przygodach z pająkami?

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: