Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

"Pająki w Australii." Część 3.

29/06/2017

 

Rok 2007. Lądujemy w Sydney. Ja i Magda. Z jedną walizką i bez biletu powrotnego. W kieszeni 7 stówek i karta kredytowa, która miała być tylko na czarną godzinę, a jak się okazało wkrótce, pękła już po pierwszym miesiącu. Mamy wizę studencką, rządzę przygody i turbo arachnofobię.

 

Chwilę później podjeżdżamy pod wielki dom na wzgórzu. To nasz pierwszy adres w Australii. Po wejściu do środka dowiadujemy się, że mieszka z nami również czterech opalonych i przystojnych Brazylijczyków. "Nie najgorszy początek", pomyślałyśmy. Jeden z nich zawsze leżał na kanapie i chichotał przez całe popołudnia oglądając wszystkie odcinki "Przyjaciół". Drugi, Leonardo, okazał się znakomitym partnerem tanecznym podczas przyszłych regularnych wypadów do klubów latynoskich. Trzeci załatwił nam naszą pierwszą pracę.

 

Mieszkał też z nami chłopak z Rumunii. Powalił nas na powitanie swoim genialnym angielskim. Brzmiał dokładnie jak Aussie, a w czasach gdy my potrafiłyśmy powiedzieć jedynie "kali jeść, kali pić" taki angielski bez akcentu wydawał się czymś totalnie abstrakcyjnym. Ten właśnie chłopak o - z całą pewnością autentycznym - imieniu Chris, bardzo się nami od samego początku zainteresował. Już pierwszego wieczoru zaprosił nas na piwo do lokalnego pubu, a my równie ochoczo przyjęłyśmy zaproszenie. W pubie przywitały nas wszech-otaczające, małe, duże, bardziej i mniej sterczące, ale wszystkie odważne - gołe cycki. Tak, gołe cycki! To nie był bar ze striptizem, tylko pozornie zwyczajnie wyglądający pub. Jak się jednak okazało ku wielkiej uciesze kolegi z Rumunii, w środy w pubie piwo serwowały panie ubrane jedynie od pasa w dół.

 

Z Magdą unikałyśmy pubów przez kolejne kilka miesięcy myśląc, że to standard we wszystkich pubach. Jak odkryłyśmy później, ten akurat do którego trafiłyśmy w pierwszy dzień na Antypodach był wyjątkowy. Ktoś chce adres?

 

Pogadaliśmy chwilę, wypiłyśmy VB na dobry początek naszej australijskiej przygody i grzecznie wróciłyśmy do domu. Nasz pokój mieścił się na pierwszym piętrze. Wchodzimy po schodach, żegnamy się z Chrisem i otwieramy drzwi do pokoju. Włączam światło. Patrzę na okno na przeciwko drzwi.

 

Zamieram.

 

Magda złapała mnie kurczowo za ramię i obie wydałyśmy z siebie głośny, niekontrolowany, przeszywający, bardzo długi pisk, którego intensywność po chwili zalała cały dom na wzgórzu.

 

Słyszymy zbiegających się ze wszystkich stron współlokatorów. Nieruchomo stoimy w progu otoczone całą zgrają, która przybiegła na odsiecz. "No to się kur@a zaczęło!" - westchnęłyśmy jednocześnie. "Welcome to Australia ladies!" - z wielkim uśmiechem podsumował sytuację Chris. My tymczasem stoimy wciąż sparaliżowane na widok tego, co znajduje się jedynie parę metrów przed nami.

 

Tam, po drugiej stronie okna siedzą dwa pająki, tak zwane huntsmany i są mniej więcej wielkości dłoni. Silnej, męskiej dłoni. Wyglądało to tak jakby ktoś na zewnątrz przyssał się dłońmi i tak sobie tam wisiał.

 

Chłopaki szybko zadeklarowali pomoc i zajęli się pająkami. My natomiast zeszłyśmy na dół do kuchni, żeby się napić, bo wszelka nadzieja na spokojny pobyt w Australii została w nas bezlitośnie zmiażdżona. Uświadomiono nas wtedy, że to "tylko" huntsman. To bardzo popularny w Sydney gatunek pająka i radzono nam się do niego przyzwyczaić. "Przyzwyczaić się?!" - krzyczałyśmy w totalnym niedowierzaniu. W myślach rezerwowałyśmy już bilety powrotne do Polski.

Tej nocy dowiedziałyśmy się wszystkiego o pająkach w Australii, o tym że im większy tym mniej groźny, że to tych małych należy się bać.

 

Następnego dnia wróciłyśmy do domu późnym wieczorem zmęczone strzelaniem selfie pod operą i staraniem się rozszyfrować, co mówią ludzie na ulicach. Myślałyśmy, że w Australii mówi się po angielsku, ale okazało się, że nie. Tu mówi się australijskim angielskim i dla nieosłuchanego żółtodzioba brzmi to ogólnie rzecz biorąc jak jakiś kompletnie nowy język, albo - bądźmy szczerzy - jak bełkot. Brzmi on po prostu jak głośny szum z zerową szansą na wyłapanie jakichkolwiek słów. Na początku dużo się więc uśmiechałyśmy i przytakiwałyśmy ślepo ukrywając naszą beznadzieję językową.

 

Wracamy do tego domu i chłopaki wołają nas na wino na taras. Jako że na jednym winie nigdy się nie kończy, impreza przeciągnęła się do godzin porannych.
Gdy już wszyscy byliśmy w dobrych humorach, nagle ktoś zauważył na kanapie, na której wszyscy siedzieliśmy pająka. A ponieważ był dwieście razy mniejszy od tych dwóch olbrzymów, które widzieliśmy wieczór wcześniej, zaczęliśmy się wszyscy śmiać, że takie maleństwa to już dla nas pikuś. Faktycznie duży nie był, może wielkości paznokcia. Przypomniałyśmy sobie jednak ostrzeżenie, że to właśnie te małe bywają groźne więc profilaktycznie postanowiliśmy go złapać, no bo zabić się go bałyśmy.

 

Magda złapała więc swoje wino, dokończyła je jednym łykiem i szybkim ruchem złapała pająka pod kieliszek do wina. Trochę się jeszcze pośmialiśmy, że to pewnie jeden z tych najniebezpieczniejszych pająków świata, po czym zapomnieliśmy o całej sytuacji i poszliśmy spać.

 

Następnego poranka pijemy na tarasie mocne kawy i wspominamy szaleństwo minionej nocy, gdy ktoś nagle zauważa kieliszek do wina na podłodze tarasu, już sięga aby go podnieść, gdy ktoś inny krzyczy: "poczekaj, chyba coś tam jest pod tym kieliszkiem!". Jak się okazuje nikt nie pamiętał już jak ochoczo i bohatersko Magda wczoraj tego pająka łapała.

 

Podchodzimy bliżej, żeby mu się przyjrzeć.

 

Ciekawy okaz.

 

Ma czerwone plamy na plecach.

 

Ciekawe co to oznacza. Ktoś bierze telefon i wpisuje w wyszukiwarce: "spider with red marks on its back", po czym głośno czyta rezultat wyszukiwania: "Jadowity pająk występujący na terenie Australii."

 

No Ok, myślimy, w sumie większość pająków jest w jakimś stopniu jadowita. "Bliski kuzyn czarnej wdowy" - czytamy dalej i poziom komfortu drastycznie spada.

 

Na koniec dodaje: "Ukąszenia (zwykle przez samice) są bardzo bolesne i często śmiertelne."

 

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: