Copyright Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaneta Branch

Z cyklu "Polka w Australii biegnie"

03/09/2017

 

Jesteśmy nowi w okolicy więc chętnie poznajemy co w trawie piszczy. Idzie nam to całkiem sprawnie, bo wszędzie biegniemy. To znaczy ja biegnę, a dziewczyny mnie dopingują z wózka ochoczo krzycząc co chwilę: "szybciej mamusiu!". Sam fakt, że wciąż krzyczą po polsku daje mi kopa.

Dziś przed wyjściem sprawdzałam mapę szukając pomysłu na plan biegu. Wypatrzyłam fajny zielony kawałek nad samą rzeką parę kilometrów od domu. Nie wiedziałam, że akurat dzisiaj jest w naszej okolicy "council clean up" czyli dzień, w którym można bezkarnie wywalić wszystkie swoje śmieci na chodnik, a miasto zajmie się resztą. Miałam więc bieg slalomem z przeszkodami, ale że wyzwania lubię twardo biegłam dalej. Dobiegłyśmy do małego rezerwatu położonego nad rzeką, która oddziela osiedla mieszkalne od lotniska. Dziewczynki od razu zajęły się eksploracją placu zabaw, a ja tuż obok zobaczyłam mały ogródek.

Cudny był, pełen sałat, ziół, marchewek, była też lawenda i młodziutkie drzewka cytrusowe. Ogródek był oznakowany i okazuje się, że jest on owocem projektu dziesięciu prywatnych osób z okolicy, które kochają uprawiać rośliny, jednak warunki mieszkalne często im na to zwyczajnie nie pozwalają. Ta grupka osób wymyśliła więc plan ogrodu i wystąpiła o dofinansowanie od miasta. Dostali na jego realizację 10.000 dolarów. Da się? Dziś mają mega bujny i zielony ogródek, o który wspólnie dbają i przypuszczam przy okazji zawierają ciekawe znajomosci i budują trwałe relacje sąsiedzkie.

To przykład jednej z wielu fajnych inicjatyw, które zauważyłam w naszej okolicy. Czuję, że to fajna część miasta, w której nie tylko się wynajmuje, jada w modnych miejscach, chodzi do fitness first po pracy, a potem ze słuchawkami na uszach prosto do domu. Wyczuwam tu szczere chęci mieszkańców do zbudowania fajnej wspólnoty. Na naszej ulicy dzieciaki zbiegają się w to samo miejsce codziennie koło 16.00 i bawią się razem do zmroku, podczas gdy rodzice rozmawiają ze sobą parę metrów dalej. Dla mnie to totalna nowość w Sydney, a jest to dokładnie to, czego mi brakowało: bycie częścią małej osiedlowej wspólnoty. Brakowało mi tego, co miałam ja jako dzieciak: kolegów z ulicy i ciepłych relacji z sąsiadami.

Niby banalne jednak na prawdę nie takie łatwe w prawie pięciomilionowej metropolii. Zdaje się, że im większe miasto tym większy dystans między ludźmi, nawet sąsiadami. Okazuje się na szczęście, że nie wszędzie. Coś czuję, że kiedy zna się imiona wszystkich dzieci na ulicy, a mieszka się w Sydney, ryzykuje się zapuszczenie tam korzeni na dłużej. 

Tags:

Udostępnij na Facebooku
Podziel się na Twitterze
Please reload

Dlaczego Uluru nie jest dla każdego?

24/09/2019

Glow Worm Tunnel czyli niecodzienna przygoda 180km od Sydney

27/04/2019

Baśniowo, czyli The Grounds Of Alexandria

15/03/2019

1/10
Please reload

Może ci się spodobać również: